Mukuro siedział na podniszczonej czasem i walkami kanapie. Zastanawiało go gdzie znowu posiało tych kretynów z jego piękną Chrome. Pewnie znowu poszli do sklepu, by kupić jedzenie dla wiecznie nienasyconego Kena.
A właśnie, Ken. Hmm, ten chłopak był inny. Podczas walki przejmowały nad nim kontrolę zwierzęce instynkty. Heh, ciekawe dlaczego nie ma dziewczyny. Mukuro zaśmiał się. I nagle zauważył coś co zmusiło go do wstania z kanapy i podejścia do wyrwy w ścianie. Ukucnął i wyciągnął spod samotnej cegły coś co wyglądało na zeszyt. Otworzył na pierwszej stronie. Lekko niechlujny, ale nawet całkiem ładny napis głosił: Pamiętnik Kena Joshimy.
-No, to może być nawet ciekawe... Kufufu~ - powiedział Mukuro sam do siebie. Wrócił na kanapę, założył okulary i zaczął czytać.
Nazywam się Ken Joshima i urodziłem się 28 lipca...
Rokudo przewrócił parę kartek chcąc znaleźć jakiś bliższy datą wpis. O, jest!
Dzisiaj Chrome znowu gdzieś znikła. Jak zwykle z Chikusą poszliśmy jej szukać... A raczej poszliśmy szukać Mukuro... Co z resztą na jedno wychodzi, bo gdzie ona tam i on. W sumie dziwne, ostatnio mam wrażenie, że coraz bardziej zależy mi na znalezieniu tego faceta. Dlaczego mi tak zależy, czyżbym się w nim zakochał? Hahahaaa... nie to niemożliwe. Przecież to facet, a ja nie jestem jakąś durną szkolną dziewczyną, żeby się w nim zakochać. To nonsens.
Tak czy inaczej, cały dzień zajęło nam szukanie tej dziewczyny. Znaleźliśmy ją z Vongolą. Znowu... Grrr... Ja rozumiem, że ona jest strażnikiem mgły dla Tsuny, ale mogłaby przynajmniej mówić kiedy do niego idzie. Nie musiałbym się martwić i myśleć gdzie jej szukać! Oczywiście, jak zwykle jak już przybyliśmy na miejsce, okazało się, że ZNOWU walczyli i ZNOWU Mukuro zniknął tuż przed naszym pojawieniem się. To takie nie sprawiedliwe!
Chłopak zaśmiał się. Ależ ten Ken się produkował... To nawet całkiem ciekawe. Przerzucił parę kartek dalej.
O! Mój! Bożeeeeeeeee! Ja się naprawdę w nim zakochałem! Nieeeeeeee!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Dlaczego ja? Dlaczego w NIM? Dlaczego? Przecież on nawet na mnie nie spojrzy. Pomijając fakt, że wciąż znika, gdy próbujemy go znaleźć. Mógłby chociaż raz z nami pogadać... Albo nie... Jeszcze zrobiłbym coś po czym musiałbym uciec... Jak na przykład pocałunek.
Ale, o matko! On ma takie śliczne oczy... Lewe tak pięknie niebieskie, a prawe... czerwone... Ale mu to pasuje... Jego włosy wyglądają na takie jedwabiste... A jak się uśmiechnie – po prostu mięknę.
Mukuro Rokudo! Dlaczego ty jesteś taki cudowny!? DLACZEGO!?
-Ja? Cudowny? Kufufufu~ - powiedział niebieskowłosy. - No proszę, czyli jednak się we mnie zakochał... Kufufu~
Dzisiaj jak się obudziłem nie mogłem przestać myślęć o tym co mi się śniło. A mianowicie... ON!
Śniło mi się, że w końcu mu powiedziałem co czuję, a on tylko si uśmiechnął tym swoim powalającym uśmiechem. Potem bez słowa podszedł i mnie pocałował. Ale nie tak, że CMOK i już, tylko tak namiętnie z języczkiem... O Boże... Nie zdziwiłbym się, gdybym już niedługo zaczął mieć czysto erotyczne sny z nim w roli głównej.
Na samą myśl o NIM robi mi się gorąco, a w brzuchu latają mi te cholerne motylki... Ile bym dał, żeby mu powiedzieć, że go kocham. Ale jak skoro go praktycznie nie widuję? A poza tym, nie miałbym odwagi.
Mukuro przerwał na chwilę czytanie i oparł się wygodnie. Zastanowił się chwilę.
Czy lubi Kena? Tak, zdecydowanie tak.
Czy jest w stanie go pokochać? Na razie chyba nie. Najpierw musi się „oswoić” z tą myślą.
Czy jest w stanie nie wykorzystać tych informacji przeciw niemu? Oj, tak.
Multioczny wrócił do czytania.
I stało się. Śnił mi się dziś seks z nim... Chociaż tak nie do końca... Ehhh...
Leżałem na kanapie i myślałem o nim. Byłem tak zamyślony, że nie poczułem ciężaru na sobie. Dopiero, gdy usłyszałem ten głos (dosłownie tuż koło ucha) zorientowałem się, że siedzi na mnie ON! Powiedział takim seksownym tonem:
-Ken, chcę cię... Kufufu~
Przez moje ciało przeszła fala gorąca. Spojrzałem prosto w te jego piękne oczy i dosłownie czułem jak się rumienię. Nie byłem w stanie wykrztusić słowa, choć miałem ochotę powiedzieć mu „Bierz mnie”. Głupie, co? A jednak tak bardzo tego pragnąłem.
Mukuro bez żadnych ceregieli zdjął ze mnie bluzkę i zaczął całować mój nagi tors, a ja czułem jak w moich spodniach robi się ciasno. Wtedy zjechał biodrami trochę niżej i poczułem jego erekcję. Otarł się o moją, co sprawiło, że z moich ust wydobył się jęk rozkoszy. Zakryłem usta dłońmi, a on zaśmiał się tym swoim śmiechem. Kawałkiem sznurka związał mi ręce i przełożył nad głowę. Potem nachylił się i powiedział:
-Chcę słyszeć każdy twój jęk, każdy krzyk... Nawet głębszy oddech... Kufufu~
I wrócił do pieszczenia mojego ciała. Jego język kreślił błędne kółka wokół moich sutków zostawiając strużki śliny na moim ciele. Przymknąłem oczy i próbowałem normalnie oddychać. Ale było to trudne. Kiedy przygryzł mojego sutka, wziąłem głębszy wdech. Wtedy poczułem, ze jego długie palce zjeżdżają powoli do moich spodni. Tylko po to, by za chwilę się ich pozbyć, razem z bokserkami. Tym sposobem leżałem przed nim (a raczej POD nim) kompletnie nagi, kiedy on dopiero ściągał koszulkę. Potem spojrzał na mnie i usiadł między moimi nogami. Nachylił się i nim się zorientowałem jego język już zajmował się moim członkiem. O Boże, myślałem, że zwariuję. To było tak cudowne, że z moich ust natychmiast zaczęły się wydobywać coraz głośniejsze jęki.
-Mu...kuro... - tylko tyle zdołałem z siebie wydusić.
Potem wydobył się ze mnie taki jęk, że Mukuro aż na mnie spojrzał. „To nie moja wina!”, chciałem powiedzieć, ale nie mogłem. Czym spowodowany był ten jęk? A tym, że wsadził we mnie dwa palce. Po chwili zaczął nimi powoli poruszać, a jedyne co mogłem zrobił to kręcić biodrami, by poczuć więcej i jęczeć. A właściwie teraz już zbierało mi się na coś głośniejszego.
Już było tak przyjemnie, kiedy ta pieszczota ustała. Spojrzałem mocno zarumieniony na Mukuro, który właśnie rozpinał rozporek swoich spodni. Poczułem jak moje serce bije szybciej. Umiejscowił się wygodnie między moimi nogami i złapał mnie za biodra, by odpowiednio je ustawić. Już miał we mnie wejść, kiedy...
Obudził mnie Chikusa. Ranyyyyyyyyy! Myślałem, że go normalnie rozszarpię! Przerwać mi TAKI sen! Chciało mi się wyć z rozpaczy... Ale, mam nadzieję, że jeszcze mi się takie coś przyśni... To był naprawdę cudowny sen... Ehhh... Szkoda, że to się nigdy NAPRAWDĘ nie zdarzy.
-Och, jaka szkoda! - powiedział do siebie Mukuro. - A tak chciałem dowiedzieć się co będzie dalej. Jakież to jeszcze rozkosze miałem dostarczyć temu zwierzakowi? Kufufufu~
-Mukuro-sama – usłyszał zrozpaczony głos.
Spojrzał w kierunku wejścia. Stał tam Ken i patrzył na niego rozczarowany. Zakupy upadły na podłogę, a Ken zniknął.
-Kufufu~, czyżby mały Ken miał mi za złe przeczytanie tego?
+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
Tymczasem Ken po długim biegu zatrzymał się w lesie i bił pięściami w drzewo.
-Nigdy więcej nie napiszę żadnego pamiętnika! - krzyknął i przytulił się do drzewa, czując jak w jego oczach zbierają się łzy. Osunął się na ziemię i zaczął płakać.
'Dlaczego to zawsze przydarza się mnie?, myślał. 'Czy chociaż raz mogę nie być rozczarowany? Ale... Przecież w sumie chciałem, że Mukuro się o tym dowiedział... Tylko, że... nie w taki sposób...'
Ken wiedział, że jeśli wróci to nie będzie potrafił zignorować Mukuro, bo za bardzo się w nim kochał i nie mógł tak po prostu... Z drugiej strony Mukuro raczej nie odpuści i będzie się z niego nabijać ile wlezie. Ehhh, i co tu zrobić?
-Ken – na dźwięk swojego imienia chłopak aż podskoczył.
'O, cholera! To Mukuro! O, nie nie, nie, nie, nie, nie, nieeeeeee!!!!!!!!!! I co ja mam zrobić???', myślał Ken rozpaczliwie próbując coś wymyślić. Nie chciał się odwrócić, bo musiałby na NIEGO spojrzeć. 'Nieeeeeeeeee!!!!!!!!!!!!!!!! Nie mogę nic wymyślić! Cholera!'
-Ken, przejdziesz się ze mną? - zapytał Mukuro łapiąc go za ramię.
Ken zaskoczony odwrócił się i wymierzył policzek. Ale to nie było specjalnie... Tylko odruchowo. Mukuro uklęknął łapiąc się za policzek. Gdy spojrzał na Kena w jego oczach błyszczał gniew. Ken ze strachu wtulił się w drzewo tak mocno jak tylko mógł.
-M... - zaczął, ale nie skończył. Mukuro złapał go za ręce i przygwoździł je do drzewa nad głową blondyna. Jego uścisk był zbyt mocny, aby Ken mógł czuć się komfortowo. Zaczynały boleć go nadgarstki.
-Za co to było? - zapytał gniewnym głosem Mukuro. Potem gdy trochę się uspokoił powiedział – Oprócz tego, że przeczytałem twój pamiętnik... I to te pikantniejsze fragmenty... Kufufufu~
'Wiedziałem! Będzie mnie teraz dręczył! Po cholerę pisałem ten durny pamiętnik?!', skarcił siebie Ken.
-Ja... - zaczął. - P...rzepraszam!
Zamknął oczy odwracając głowę w bok.
-Dlaczego odwracasz wzrok? - zapytał zaskoczony Mukuro. - Przecież nie zrobię ci krzywdy.
-N...nie? - Ken spojrzał na niego.
-Nie – teraz niebieskowłosy był już totalnie spokojny. - Wstawaj – powiedział puszczając Kena i wstając.
-Po co? - zapytał Ken, ale zrobił o co prosił Mukuro.
-Idziemy na spacer. Muszę z tobą porozmawiać.
'O-oooo, niedobrze..', pomyślał Ken. Ruszył jednak za Mukuro, który zdążył już oddalić się o parę kroków.
Szli w milczeniu. Mukuro spojrzał na Kena.
-Kochasz mnie, tak? - zapytał wprost.
-...
-Tak czy nie?
-T...tak...
Mukuro westchnął.
-Nie gwarantuję ci, że odwzajemnię to uczucie, ale... co powiesz na randkę?
-C...co?!
-Albo raczej serię randek. Zrobimy tak: masz dokładnie tydzień, żeby mnie do siebie przekonać. Jeśli ci się uda możliwe, że się w tobie zakocham. Ale to nie jest postanowione. Jeśli ci się nie uda... będziesz bez słowa protestu wykonywać moje polecenia, nie ważne jak dziwne by były – powiedział multioczny.
-Eeee... Okeeeeeeeej... - powiedział niepewnie.
-Zastrzegam od razu, że moje polecenie może wyglądać na przykład tak: masz mi podać herbatę w stroju seksownej pokojówki.
Ken o mało co nie zachłysnął się własną śliną.
-C...ccccoooooooo?
-Kufufufu~, podejmujesz się wyzwania? Przypominam, że jeśli ci się uda mnie w sobie rozkochać może się to skończyć bardzo pozytywnie i... kufufufu~... bardzo przyjemnie dla ciebie.
Ken myślał gorączkowo.
'A jak mi się nie uda? O Boże.....! Tak czy nie? Tak czy nie?! TAK czy NIE?! Aaaaaaaaa, zaraz zwariuję!'
Wziął głęboki oddech i wyciągnął rękę w stronę ukochanego.
-Zgoda! - powiedział. Mukuro uścisnął jego dłoń na znak, ze zakład rozpoczęty.
-Możesz zacząć od razu – powiedział niebieskowłosy i uśmiechnął się.
-W takim razie... - powiedział Ken ciągnąc Mukuro za rękę. - Idziemy do miasta.
'Może być zabawnie', pomyślał Mukuro.
+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
Dzień I - początek!
Siedzieli w kawiarence. Ken siedział naprzeciw niego i zawzięcie próbował jeść swojego loda tak, by nie kapał mu na spodnie.
-Jak ci smakują, Mukuro-sama? - zapytał i spojrzał na chłopaka przed sobą. Zarumienił się na widok Mukuro liżącego powoli waniliowego loda.
'Boże, o czym ja myślę?!', zastanowił się spanikowany Ken.
-Dobre... Hmm... - powiedział niebieskowłosy i nachylił przez stolik. Ken zaczął panikować, a Mukuro... patrząc mu prosto w oczy wystawił język i bardzo powolnym ruchem zlizał trochę lodów Kena. Blondyna przeszły przyjemne ciarki i wiedział, że jest totalnie czerwony na twarzy. Mukuro uśmiechnął się i wrócił na swoje siedzenie, by zająć się dalej swoją porcją lodów.
-... - wykrztusił z siebie Ken.
-Dlaczego akurat ananasowe? - zapytał Mukuro. - Kufufu~, to jakaś aluzja?
-N...nieee... - odparł Ken. - Po prostu lubię ananasy...
-Mhm...
'O Chryste! Czemu on się mną bawi!? To mi nie pomaga!', zastanawiał się Ken.
Gdy skończyli jeść, Ken zapłacił i wyszli z kawiarenki. Ken poprowadził nad rzekę. Słońce zaczynało powoli zachodzić. Zdjął swoją kurtkę i rozłożył ją na ziemi. Pozwolił by Mukuro na niej usiadł, a sam usiadł na trawie obok. Przysunął się trochę do niebieskowłosego i bardzo niepewnie oraz bardzo delikatnie oparł się o jego ramię. Mukuro nawet na niego nie spojrzał, za to uśmiechnął się. Patrzyli jak zachodzi słońce. Potem zostali dłużej patrzyli w gwiazdy.
Ken spojrzał w końcu na zegarek i stwierdził, że jest już dość późno.
-Mukuro-sama, może zaczniemy powoli wracać? - zapytał.
-Mhm.
Wstali i zaczęli powoli zmierzać w kierunku opuszczonej szkoły Kokuyo, która była ich obecnym domem. Stanęli pod „pokojem” Mukuro. Ken już miał odejść.
-Ken.
Blondyn odwrócił się. Mukuro pocałował go. W usta. Ken natychmiast zrobił się czerwony.
-Dobranoc – powiedział Mukuro i zniknął w swoim pokoju. Po dłuższej chwili Ken odszedł do swojego pokoju szepcząc krótkie „Dobranoc”.
Dzień II
Ken nieśmiało zajrzał do pokoju Mukuro. Właśnie kończył się ubierać. Odwrócił się i zobaczył parę blond kosmyków.
-Ken, możesz wejść – powiedział.
Ken zrobił bardzo, ale to bardzo nieśmiały ale zdeterminowany krok do pokoju Mukuro. Potem wszedł już pewniej. Ale stanął w wejściu i odwrócił wzrok rumieniąc się. Niebieskowłosy patrzył kompletnie zaskoczony i nie wiedział co ma zrobić: pochwalić czy wyśmiać. Zdecydował się na to pierwsze.
-Przyznaję, wyglądasz... orginalnie... Kufufu~
-B...bardzo śmieszne, Mukuro-sama – odparł Ken ironicznie.
'Co ja sobie myślałem?', zastanowił się. 'Pewnie ma mnie za kretyna!'
Mukuro patrzył na Kena i musiał przyznać, że coraz bardziej mu się to podobało. Chłopak był w nim naprawdę zakochany, więc i naprawdę zdesperowany, że rozkochać w sobie Rokudo. Uśmiechnął się.
Zawsze uważał, że Ken z tymi spinkami we włosach wygląda co najmniej lekko dziewczęco. A teraz?
Błękitna bluzka na ramiączka i czarna spódniczka, która ledwo sięgała połowy ud. Wysokie do kolan czarne buty przewiązane białą sznurówką i wystające z nich na jakieś 4cm skarpetki w niebiesko-czarne paski. Do tego srebrne bransoletki... I wróćmy do tych spinek. Do tej pory to były zwykłe srebrne wsuwki do włosów, a teraz były to czarne wsuwki i jedna spinka z pięknym motylkiem.
'Skąd on wziął te ciuchy?', zastanowił się Mukuro. 'Nawet Chrome nie ma nic innego jak tylko ten szkolny mundurek i czarna wieczorowa sukienka.'
-M...mukuro-sama, czy mógłbyś, proszę, przestać się tak na mnie patrzeć? To... żenujące... - mruknął Ken.
Mukuro podszedł do niego i objął go w pasie, przyciągnął do siebie.
-Nie.
-Dlaczego?
-To twoja wina. Sam się tak ubrałeś... - powiedział Mukuro. - Podoba mi się – mruknął mu do ucha.
Ken próbował wyswobodzić się z uścisku.
-Och, przestań. Przyzwyczaj się. Skoro ja na ciebie tak patrzę to jak będą patrzeć inni? - powiedział niebieskowłosy.
-Jacy inni!? - spytał przerażony blondyn czując jak wolna ręka Mukuro wędruje pod jego spódniczkę.
-Idziemy na miasto – odpowiedział Mukuro. - Muszę się tobą pochwalić ludziom.
-Co!? - Ken był kompletnie zszokowoany. - N...nie!
-Mmm... Założyłeś nawet damską bieliznę... - wyszeptał mu do ucha Rokudo. Ken wiedział, ze jest zupełnie czerwony.
-N...nie idziemy do miasta... Nie jak jestem tak... - nie skończył, bo Mukuro przerzucił go sobie przez bark i dosłownie wyniósł wijącego się blondyna na dwór. Gdy wreszcie go postawił, byli już na obrzeżach miasta. Ken spróbował uciec, ale Mukuro złapał go za rękę i pociągnął za sobą. Choć blondyn próbował się opierać musiał przyznać, że Mukuro był silniejszy. Nie dał rady przełamać żelaznego uścisku na swoim nadgarstku. Potem było już za późno by uciekać. Zbyt wielu ludzi go widziało. Poddał się więc i zrezygnowany zaczął iść normalnie za ukochanym.
Gdy Mukuro stwierdził, że pochwalił się już wystarczająco swoją zdobyczą skręcił w jeden z zaułków i chciał pocałować Kena. Jednak coś, a raczej ktoś mu przerwał.
-No proszę... Co to za śliczność? - usłyszeli.
Kena przeszły ciarki.
'Nie, nie, nie, nie, nie, błagam, nieee...', pomyślał.
Mukuro został odepchnięty na bok i przygwożdżony przez dwóch facetów do ściany. Tymczasem Kolejnych trzech już nachylało się nad Kenem, który był wystarczająco zawstydzony faktem, że stoi w krótkiej spódniczce. Nawet nie myślał z nimi walczyć. Z kilku powodów.
Po pierwsze:
Było ich trzech.
Po drugie:
Byli nieźle napakowani, co świadczyło o tym, że raczej są silni.
Po trzecie:
Ken ani myślał walczyć, bo jeśli choć trochę podniósłby nogę, żeby któregoś z nich kopnąć (a miał w zwyczaju kopać mniej więcej od krocza w górę) to wszyscy zobaczyliby, że ma na sobie białe koronkowe DAMSKIE majtki. A wystarczyło mu, że widział je Mukuro.
'Co robić, co robić?', myślał gorączkowo.
Nagle poczuł jak jego ręce są unieruchamiane przed dwóch typów. Trzeci nachylił się nad nim i jedną ręką uniósł jego głowę nieco w górę, by przyjrzeć się tym pięknym brązowym oczom, podczas gdy druga ręka zawędrowała pod spódniczkę i zatrzymała się na kroczu Kena.
Ken zarumienił się mocno i szarpnął chcąc wyrwac się z rąk typów. Nie udał się jednak.
-Ej, piękny, nie szarp się - powiedział facet, który trzymał rękę zaciśniętą na klejnotach blondyna. - Jak będziesz się szarpać będzie bardziej bolało.
-Zostaw mnie! - krzyknął zły i upokorzony Ken. Splunął facetowi w twarz.
Chwilę później facet uderzył Kena tak mocno, że blondyn wylądował na ziemi parę kroków dalej. Podszedł do niego i niemal się na nim położył. Ken zaczął się szarpać. Ręce faceta powędrowały do koronkowej bielizny Kena i już chciały ją z niego zerwać, gdy typ szarpnął się i zawył z bólu. Wstał szybko i spojrzał co go zaatakowało. Jego towarzysze leżeli nieprzytomni na ziemi. A na jego samego patrzył Mukuro, który był bardzo zły.
-Ken jest mój – powiedział i wbił facetowi trident w brzuch. Ten osunął się na ziemię.
Mukuro podszedł do Kena i pomógł mu wstać. Potem poprawił na nim majtki.
-Ty też o tym pamiętaj, Ken – powiedział. - Jesteś mój.
Ken popatrzył na Mukuro zdziwiony. Czyżby Mukuro jednak zaczynał się w nim zakochiwać?
-M... - zaczął.
-Wracajmy. I nie wspominajmy o tym co tu zaszło nikomu – powiedział niezadowolony Mukuro. Wziął Kena za rękę i pociągnął za sobą. Gdy byli już z powrotem w domu Mukuro zatrzymał się przed swoim pokojem i pocałował Kena.
-Następnym razem ubieraj się tak, gdy będziesz pewny, że nie strzeli mi nagle do głowy wspaniały pomysł, żeby wyjść na miasto – powiedział i zniknął w swoim pokoju.
Ken z łzami w oczach wrócił do siebie. Do końca dnia nie wychodził z pokoju.
Dzień III
Ken siedział w szkolnym ogródku i bawił się różami, które jakimś cudem zdołały przetrwać. Był zbyt zamyślony by zauważyć (czy też raczej wyczuć), że ktoś go obserwuje. Martwił się tym, że minął już trzeci dzień, a Mukuro dalej się nim bawił. Bo doszedł do wniosku, że to raczej nie zakochanie.
-Ehhh, jestem beznadziejny... - mruknął.
-Nie jesteś – powiedział Mukuro obejmując go od tyłu. - Żadnych planów na dzisiaj?
Ken zarumienił się. Spojrzał prosto w dwukolorowe oczy.
-M...mukuro-sama! - powiedział zaskoczony. - N...nie, raczej nie...
-A szkoda, bo fajnie jest się trochę rozerwać – powiedział zbliżając swoją twarz do twarzy Kena. Szykowało się na pocałunek. - Taaaak, rozerwać się. Razem. We dwóch. Sami – z każdym słowem był coraz bliżej tych słodkich ust. - Co ty na to, Ken?
Ken odsunął się szybko, gdy usta Mukuro już miały się złączyć z jego ustami. Zaśmiał się nerwowo.
-To może pójdziemy nad rzekę popływać? - zapytał starając się uniknąć kontaktu wzrokowego.
-Jasne – uśmiechnął się Mukuro.
Poszli nad rzekę. Ken od razu rozebrał się do bokserek i wskoczył do wody. Mukuro stał przez chwilę na brzegu i patrzył na blondyna radośnie chlapiącego wodą. Potem również rozebrał się do bokserek i wszedł do wody. Gdy Ken przepływał akurat obok niego złapał go za nadgarstek mało go nie topiąc. Podpłynął do niego i owinął go ramionami jak mackami. Ken próbował się wyrwać.
-Dzisiaj bokserki? - zapytał z lekką kpiną Mukuro. - Nie te delikatne koronkowe majteczki?
Blondyn znieruchomiał. Spojrzał na niebieskowłosego i natychmiast odwrócił wzrok. Chociaż woda była chłodna to robiło mu się bardzo gorąco.
-M..mukuro-sama... - jęknął. - Czy mógłbyś, proszę...
-Puścić cię? Nie.
-Zaraz się utopimy...
-Hmm... Racja... - puścił Kena i wyszedł na brzeg, wysuszyć się w słońcu. Ken wyszedł zaraz za nim. Spojrzał na Rokudo.
'O Boże... Ten widok...', Ken na samą myśl zrobił się zupełnie czerwony. Szybko odwrócił wzrok, jednak obraz Mukuro, którego mokre bokserki niemal nie ukrywały niczego nie mógł uciec mu z pamięci.
Położył się na trawie i czekał aż wyschnie zupełnie. Zamknął oczy. Słońce świeciło jak szalone. Nagle Ken poczuł na sobie jakiś ciężar, a coś przysłoniło mu promienie. Otworzył oczy. I o mało nie zemdlał. Mukuro, którego bokserki wciąż były co najmniej wilgotne, siedział na nim okrakiem i uśmiechał się bezwstydnie.
-M...m...mukuro-sama! - powiedział zaskoczony Ken.
'O mój Boże, nie! Niech on ze mnie zejdzie!', pomyślał spanikowany Ken.
Tymczasem Mukuro nachylił się nad nim tak, że jeszcze 3cm i prawdopodobnie by go pocałował. Jednak on tylko wyciągnął rękę i odgarnął mokre blond kosmyki z czoła Kena. Blondyn nie wiedział jak bardzo czerwony na twarzy był, podejrzewał tylko, że bardziej niż szkolne róże.
-Ken – powiedział Mukuro i dłońmi zablokował głowę Kena tak, by nie mógł jej odwrócić. Ken chcąc lub nie musiał spojrzeć w dwukolorowe oczy. - Tyle pisałeś, że mam piękne oczy i w ogóle... A jakoś cały dzień unikasz kontaktu wzrokowego ze mną.
-W...wcale nie... - mruknął nieśmiało.
-Nie zaprzeczaj, przecież widzę – nachylił się jeszcze bardziej. Jedną ręką opierał się na łokciu, by nie stracić równowagi. Brakowało pół centymetra do pocałunku. I to nie zwykłego, a takiego o jakim marzył Ken: namiętnego, długiego pocałunku, z języczkiem. Drugą ręką Mukuro gładził nagi tors blondyna, jego długie palce kreśliły leniwe kółeczka na brzuchu Kena i bardzo powoli schodziły coraz niżej. Blondyna przeszły ciarki, jakby nagle zawiał wiatr.
'Dziwne...', pomyślał Ken. 'Zawsze to ja za nim goniłem, a teraz... Za każdym razem to on mnie szuka...'
-Ken, dlaczego tak starasz się mnie unikać? - zapytał Mukuro .
Ken chciał odpowiedzieć „a dlaczego ty się mną bawisz?”, ale nie mógł, bo Mukuro już go całował. Blondyn rozchylił lekko wargi i poczuł jak język Rokudo penetruje jego jamę ustną, delikatnie ale stanowczo badając każdy jej kawałek. Ken jęknął i zaczął odwzajemniać pocałunek. Z początku nieśmiało, potem jego własny język bawił się z językiem niebieskowłosego. Niemal zupełnie zapomniał się przy tym pocałunku. Po chwili jednak opamiętał się. Nie chciał, ale musiał. Odepchnął od siebie Mukuro, który wylądował między jego nogami. Ken szybko wstał i zanim iluzjonista zdążył zareagować wziął swoje ciuchy i dosłownie chwilę potem już go nie było. Mukuro zszokowany zaczął się powoli ubierać.
'Skoro mnie kocha to dlaczego mnie teraz odrzuca?', zastanowił się. 'No, nie... Czy on myśli... Że ja się nim tylko bawię...? O matko, co za kretyn.'
Dzień IV, V
Ken przesiedział prawie cały dzień w swoim pokoju. Gdy zobaczył, że Mukuro chce do niego podejść, powiedział tylko, że musi coś załatwić i wybiegł w wielkim pośpiechu. Blondyn nie wrócił aż do szóstego dnia zakładu. Przez ten czas Mukuro szwendał się w tą i z powrotem po całej szkole. Z nudów przeczytał jeszcze raz pamiętnik Kena. Tym razem cały, bez pomijania absolutnie żadnych fragmentów.
'Szkoda, że już go nie prowadzi', pomyślał Mukuro. 'Byłoby łatwiej gdybym wiedział co mu chodzi teraz po głowie.'
Dzień VI
Ken wszedł nieśmiało do pokoju Mukuro. Miał na sobie krótką sukienkę. Podszedł do śpiącego Mukuro i popatrzył na niego. Wyciągnął rękę, by go obudzić, a efektem było to, że nagle znalazł się pod nim. Niebieskowłosy wytworzył iluzję sznura, którym związał ręce Kena. Sam usiadł na nim okrakiem, by blondyna nie mógł uciec.
-Mam dość tego uciekania – powiedział. - Jestem tym zmęczony. Uciekasz przede mną, unikasz kontaktu wzrokowego, a gdy przychodzę do ciebie, by porozmawiać ty wychodzi i nie ma cię przez cały dzień. A NAWET całą noc – powiedział zmęczonym tonem. - Co jest z tobą nie tak? Kochasz mnie przecież. Więc dlaczego uciekasz?
Zmusił Kena, by spojrzał mu w oczy.
-Bo... ty...
-Kufufu~... Czy ty myślisz, że ja się tobą bawię? - spytał wprost Rokudo.
-T...tak... - odpowiedział niewyraźnie Ken.
-Ken... Znasz mnie. Czy naprawdę myślisz, że marnowałbym swój czas, tylko po to, żeby się tobą bawić?
-Nooo... chyba nie... - mruknął nieśmiało blondyn.
-No właśnie. Gdybym chciał cię po prostu przelecieć to już dawno bym to zrobił, prawda?
-T...tak...?
-Oczywiście. To znaczy, nie mówię, że nie pragnę twojego pięknego ciała – powiedział Mukuro uśmiechając się. - Kufufu~...
Przejechał palcem po delikatnej skórze szyji Kena. Blonyna przeszły tak przyjemne ciarki, że aż jęknął.
-M...
-Ale to nie znaczy też, że pragnę tylko tego. Owszem, jak patrzę na twoje ciało tu i ówdzie to w moich spodniach robi się ciasno – powiedział i by udowodnić zjechał biodrami niżej ocierając się delikatnie o krocze blondyna. - Ale ja chcę również tego – dodał i położył dłoń w miejscu gdzie Ken miał serce.
Blondyn zarumienił się.
-N...naprawdę...? - spytał z nadzieją w głosie.
-Tak – odparł tylko Mukuro i nachylił się, by pocałować chłopaka.
Ken poruszył lekko biodrami. Mukuro przerwał pocałunek i spojrzał na niego. Ken spojrzał lekko przestraszony.
-Mukuro-sama.... ja... przepraszam... - powiedział zamykając oczy i rumieniąc się.
-Czy chcesz, żebym wziął cię tu i teraz? - wyszeptał mu wprost do ucha iluzjonista.
Ken poczuł jak jego serce bije jak szalone.
'Prawie jak we śnie', pomyślał. Przełknął ślinę.
-T...tak... - szepnął.
-W porządku – powiedział Mukuro i już miał go znów pocałować, ale przerwał. - Aha, wygrałeś. A że nie minęło pełne siedem dni to... kufufu~, uznaj to za nagrodę dodatkową...
Potem pochylił się i złączył ich usta w namiętnym pocałunku. W tym czasie jego ręka podwijała sukienkę do góry, by móc ją ściągnąć. Ken coś mruknął. Mukuro oderwał się od niego, ściągnął z niego sukienkę i spojrzał w dół. Potem w te piękne brązowe oczy.
-Nawet nie założyłeś majtek?
-Nie mogłem ich znaleźć, a bokserki jakoś mi nie pasowały do tej sukienki – odparł zażenowany Ken.
-Kufufu~, mniej problemu z rozbieraniem.
-Mukuro-sama... - mruknął Ken, gdy niebieskowłosy zaczął całować jego szyję powoli schodząc w dół.
-Hmm?
-Kiedy...
-Się w tobie zakochałem? - dokończył za niego i spojrzał mu w oczy.
Blondyn kiwnął głową.
-Nad rzeką jak oglądaliśmy zachód słońca to się zaczęło. A kiedy byliśmy tam drugi raz byłem już pewny.
Ken nie wiedział co powiedzieć, był po prostu szczęśliwy, że Mukuro jednak się w nim zakochał. Niebieskowłosy chciał kontynuować pieszczenie tego ślicznego ciała, ale blondyn poruszył się nagle. Jęknął czując jak niechcący jego twardy już członek otrarł się mocniej o erekcję Rokudo.
-Mukuro-sama, proszę... - jęknął. - Te „pieszczoty” to tortura...
-Hmm?
-Nie możesz po prostu...
-Wziąć cię od razu? - Mukuro uśmiechnął się. - Jak sobie życzysz...
Iluzjonista szybko rozebrał się do naga. Ken trochę nieśmiało rozchylił szeroko nogi, niebieskowłosy uklęknął między nimi. Jednym ze swoich długich palców delikatnie przejechał po wzwodzie Kena, który zacisnął dłonie w pięści, a jego ciało wygięło się w lekki łuk. Mukuro zastanowił się chwilę. Chciał już poślinić swoje palce, ale stwierdził, że Ken zrobi to lepiej. Nachylił się do niego i podstawił mu je pod usta. Blondyn powoli wysunął język i, przymykając oczy, zaczął lizać palce Mukuro. Gdy iluzjonista uznał, że wystarczy po prostu zabrał dłoń i powoli, ale stanowczo wsadził w Kena jeden palec.
Chłopak wciągnął głośno powietrze. Odetchnął po chwili, a Mukuro wsadził drugi palec i zaczął nimi powoli poruszać. Blondyn poruszył delikatnie biodrami chcąc więcej, Mukuro spojrzał na jego twarz.
'Jest piękny', pomyślał i uśmiechnął się szeroko. Wyjął palce i złapał chłopaka za biodra chcąc ułożyć je w dogodnej dla siebie pozycji. Gdy już to zrobił naparł mocno swoim członkiem na wejście blondyna wchodząc w niego niemal na całą długość. Chłopak krzyknął cicho z bólu. Przez krótką chwilę Rokudo nie ruszał się, potem zaczął delikatnie ruszać biodrami. Efektem były coraz głośniejsze jęki Kena. Nie chciał mu zrobić krzywdy, ale coraz trudniej było mu się powstrzymać od mocniejszych pchnięć.
Nogi blondyna oplotły go w pasie.
-M...mocniej – jęknął Ken.
Mukuro uśmiechnął się zadowolony, że nie musi się ograniczać. Ruszy jego bioder stały się szybsze i mocniejsze. Ken krzyknął.
'Hmm? Czyżbym trafił w czuły punkt?', zaśmiał się Mukuro w myślach.
Teraz z każdym kolejnym pchnięciem starał się trafić w ten słodki punkt, a jego praca nie poszła na marne. W zamian otrzymał serię krzyków rozkoszy Kena, które bardzo go podniecały. Mukuro pochylił się i oparł na wyprostowanych rękach. Pochylał się teraz nad Kenem, który zarzucił ręce na szyję Mukuro i przyciągnął go do siebie. Chciał go bliżej, chciał czuć ciepło bijące od jego ciała. Mukuro słyszał te słodziutkie krzyki tuż obok ucha. Kolejne pchnięcie – kolejny krzyk. Pchnął jeszcze parę razy i poczuł na brzuchu ciepły płyn, znaczyło to tylko jedno – blondyn doszedł. Parę kolejnych pchnięć i Mukuro również doszedł. Oczywiście wciąż będąc wewnątrz blondyna. Pchnął jeszcze dwa razy i wyszedł z niego. Zmęczony opadł na Kena, a potem się z niego sturlał. Obok niego Ken dyszał próbując wyrównać oddech. Spojrzał na niego i uśmiechnął się. Uniósł się na łokciu i zapatrzył się tą śliczną twarz. Gdy Ken odzyskał oddech spojrzał na Mukuro.
-Jesteś naprawdę piękny, Ken – powiedział iluzjonista. - Kocham cię – dodał i pocałował go. Objął go ramieniem i przyciągnął do siebie.
Blondyn wtulił się w ukochanego i zasypiając powiedział:
-Je ciebie też.
+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
Dokładnie tydzień minął od ich stosunku. A Ken czuł się cudownie, ale wciąż był zażenowany za każdym razem kiedy Mukuro go obejmował lub całował. Chrome i Chikusa już wiedzieli, że są razem, nawet życzyli im szczęścia. Ale po prostu nie mógł się opanować, gdy nagle przy nim pojawiał się Mukuro. Tak jak teraz. Stał właśnie w kolejce w sklepie, w ręku miał koszyk z zakupami. I wtedy to się stało. Ktoś go bezczelnie objął. Chciał się odwrócić i uderzyć, ale okazało się, że to właśnie jego ukochany iluzjonista.
-Mukuro-sama! - oburzył się blondyn.
-Mówiłem ci już, że ślicznie wyglądasz w tej sukience? - zapytał kusząco Mukuro. To oznaczało tylko jedno: trzeba się jak najszybciej ulotnić ze sklepu i znaleźć jakąś uliczkę. Jeśli tego szybko nie zrobi Rokudo weźmie go tu w sklepie, nawet na podłodze lub co gorsza: na ladzie! Mógł ewentualnie jeszcze powiedzieć mu, że spełni jego najdzikszą fantazję jak tylko wrócą do domu, ale... Biorąc pod uwagę ogólne fantazje Mukuro... Lepiej wybrać to pierwsze wyjście.
Zapłacił szybko, starając się ignorować Mukuro, który zawzięcie próbował dobrać się do jego rozporka. Wyciągnął go ze sklepu i pociągnął w stronę najbliższej uliczki.
Dwójka kochanków zniknęła w ciemnym zaułku, by po raz trzeci tego dnia zachwycić się sobą nawzajem.
___________________________________________________________________________
No! Mam nadzieję, że się podobało! Zamówienie wykonane dla: RosyjskiKefirek http://rosyjskikefirek.deviantart.com/
Hiehiehiehieeeeeee~, albo raczej jakby zaśmiał się Mukuro-sama!
Kufufufufufufu~
.:Fanki są najgorsze, ale to dzięki nim wszystko funkcjonuje:.
Nastrój:

Izaya Orihara kochał ludzi. Uwielbiał wprowadzać ich w różne dziwne sytuacje, tylko po to by zobaczyć jak reagują. Interesowali go na swój dziwny sposób. Był jednak jeden człowiek, którego kochał inaczej. Kochał go tak mocno, że zrobiłby niemal wszystko, by tylko spędzić z nim każdą wolną chwilę. Niestety ten człowiek go nienawidził, a Izaya nigdy nie pokazał i nie powiedział mu co tak naprawdę czuje. Udawał więc, że również go nienawidzi. Bolało go to, ale żył z tym, cieszył się gdy mógł go chociaż zobaczyć. Ta osoba nazywała się Shizuo Heiwajima.
Shizuo Heiwajima nienawidził Izayi. A przynajmniej tak mówił ludziom. I pokazywał to niemal codziennie. Ale tak naprawdę kochał go nad wszystko, nie mógł się jednak zdobyć na odwagę, by mu to powiedzieć. W końcu Izaya go nienawidził z całego serca. Ale tak naprawdę Shizuo kochał te momenty, kiedy czarnowłosy wyprowadzal go z równowagi, uwielbiał te pościgi, walki, cieszył się, że chociaż w taki sposób może spędzić te chwile ze swoim sekretnym ukochanym. Tak naprawdę nie miał mu nawet za złe tego, że tyle razy wpakował go w kłopoty. Był szczęśliwy z samego faktu, że Izaya istnieje - tak bardzo go kochał.
Wspólne dni mijały im jak w schemacie: spotkanie spojrzeń, wyprowadzenie z równowagi, próba mordu - oczywiście udawana, chociaż żaden nie zdawał sobie sprawy ze specjalnych chybień drugego. Choć ukrywali swe prawdziwe uczucia przed drugą osobą, to każdy z nich, już po rozdzieleniu się, mógł w tajemnicy uśmiechnąć się radośnie. Jednak ten schemat został zakłócony, kiedy do miasta Ikebukuro przybył nowy mężczyzna. Miał półdługie rude włosy i brązowe oczy. Wraz z jego przybyciem szczęśliwe dni dla Shizuo i Izayi skończyły się. A przynajmniej dla Izayi.
Izaya szedł właśnie, by znów podenerwować Shizuo, by zobaczyć tego pięknego blondyna. Podskakiwał radośnie, co dla ludzI oznaczało tylko jedno: należy się jak najszybciej ulotnić, inaczej można zostać przypadkowo wmieszanym w kolejną walkę. Minął właśnie kolejną uliczkę, kiedy obok niego przebiegł mężczyzna, którego w Ikebukuro wcześniej nie widział. Zaraz za nim poleciał automat z napojami. A potem w wściekłym wrzaskiem przebiegł Shizuo. Izaya zatrzymał się i obróbił w miejscu.
'Co jest?', pomyślał. 'Dlaczego Shizu-chan goni kogoś innego niż mnie? I to z taką pasją?'
Popatrzył na plecy swojego ukochanego i pognał na nim. W końcu, gdy go dogonił chciał z radosnym okrzykiem "Shizu-chan" zaatakować go, ale zobaczył coś co sprawił, że schował się za załomem uliczki i wychylił isę tylko lekko, by obserwować. Spojrzał zdziwiony.
JEGO Shizuo walczył z jakimś rudzielcem, któy posługiwał się kijem bejsbolowym najeżonym gwoździami. Blondyn parę razy mało nie oberwał, ale w ostatniej chwili udało mu sie zrobić unik. Walczący zatrzymali się i popatrzyli na siebie z nienawiścią.
-Czego ty ode mnie chcesz? I kim ty, do cholery, jesteś?! - zapytał Shizuo.
-Proste. Walczenie z tobą jest zabawne. Jestem Kima Sarenu. Przybyłem do Ikebukuro w celu znalezienia sobie nowej zabawki i widzę, że warto było - rudy uśmiechnął sie bezczelnie.
-Ale dlaczego ja?
-Już ci mówiłem. Bo jesteś zabawny.
Shizuo zaatakował znowu. Efektem było to, że tylko zamienili się miejscami. Izaya chciał właśnie zainterweniować, ale Shizuo powiedział coś co go bardzo zabolało.
-Jesteś gorszy niż Izaya.
Izaya oparł się o ścianę budynku czując, że w jego oczach zbierają się łzy. Odbiegł w nieznanym sobie kierunku. Nie wiedział jednak, że blondyn powiedział to w dobrej intencji.
Tymczasem w uliczce walka została wznowiona.
Izaya osunął się po ścianie jakiegoś budynku. Był w jednej z najpustszych dzielnic Ikebukuro. Pamiętał tylko, że biegł. Nie wiedział jak dokładnie się tu znalazł. Nie obchodziło go to jednak, cieszył się tylko, że nikt nie zobaczy jak on - jeden z najgroźneijszych mężczyzn w w tym mieście, postrach ludzi - stacza się tak nisko. I to wszystko przez Shizuo.
Nie powstrzymywał łez, pozwolił by płynęły. Nieczęsto zdarzało mu się płakać. Ale jeśli chodziło o blondyna to nigdy nie potrafił w stu procentach kontrolować przy nim swojego ciała. Jednak na to jedno nie mógł pozwolić. Nie mógł pozwolić, by jego ukochany kiedykolwiek zobaczył jego łzy. A szczególnie, że płacze z JEGO powodu. Kto wie, może wykorzystałby to przeciw niemu?
'Dlaczego mi to robisz?', myślał Izaya. 'Wiem, że mnie nienawidzisz, ale żeby aż tak?'
Izaya podwinął pod siebie kolana, objął je rękami i położył na nich głowę. Zastanowił się chwilę i stwierdził, że skoro Shizuo znalazł sobie nowego przeciwnika to nie będzie mu przeszkadzać.
Tydzień minął a Izaya nie pokazywał się blondynowi na oczy.
'Co się dzieje z tym idiotą?', zastanowił się Shizuo.
Jego myśli zostały jednak przerwane. Znów został zaatakowany przez Kimę - nowy postrach Ikebukuro. Cudem uniknął uderzenia naszpikowanym gwoździami bejsbolem.
'O matko, znowu się zaczyna!', pomyślał Shizuo. 'Dlaczego nie atakuje mnie Izaya? Gdzie ten kretyn? Czyżby znalazł sobie kogoś innego do wyżywania się? Przecież bym o tym wiedział!', myślał unikając kolejnych ciosów. Pobiegł do betonowego kosza na śmieci, wyrwał go i rzucił w rudego. Ten jednak uniknął go bez problemu.
' No tak, mistrz akrobacji. Przypomina mi GO trochę. Ale ON był mistrzem parkouru.', myślał dalej blondyn. Przez te myśli zupełnie nie zauważył, że coś zostało w niego rzucone. Opamiętał się dosłownie w ostatniej chwili, by to coś mu tylko mignęło. Odruchowo to złapał. Po chwili jednak okazał się, że był to Kima, który właśnie go całował. Shizuo, kompletnie zszokowany, spojrzał mu prosto w oczy.
Izaya, po tygodniu nieobecności na ulicach miasta, stwierdził, że musi chociaż zobaczyć Shizuo. Za bardzo mu go brakowało. Wiedział, że blondyn będzie o tej porze tam gdzie zawsze - koło Rosyjskiego Baru Sushi. Szedł tam właśnei ze spuszczoną głową, jego wzrok szukał czegoś na brudnym chodniku, a myśli podążały w stronę tego co zamierzał ewentualnie powiedzieć Shizuo. Izaya bowiem uznał, że skoro blondyn i tak się już nim nieinteresuje to moż emu śmiało powiedzieć co tak naprawdę czuje. Był już blisko, podniósł więc wzrok na Shizuo i momentalnie coś zatrzymało go w miejscu. Tym czymś był widok... Shizuo calującego tego rudzielca... Kimę. Oczy mało mu nie wyszły na wierzch, gdy to zobaczył. Izaya popatrzył totalnie zszokowany. w jego oczach natychmiast pojawiły się łzy.
'Głupi Shizuo!', pomyślał odwracając się i pobiegl w stronę jakiegoś zaułka.
Shizuo nie wiedział co zrobić. Kątem oka dostrzegł znajomą twarz.
'I-Izaya?', pomyślał. Jego ciało natychmiast zareagowało. Odepchnał od siebie rudego i spojrzał w stronę, gdzie przed chwilą widział czarnowłosego. Mignęła mu już tylko jego kurtka.
-Znam ten płaszcz - mruknął do siebie blondyn. - Izaya! - krzyknął i zaczął biec.
Skręcił w zaułek, w który - tak mu się wydawało - skręcił czarnowłosy. U wylotu zatrzymał się i zobaczył go. Zwinięty w kłębek siedział pod ścianą, z twarzą zakrytą dłońmi. Podszedł do niego powoli i chicho, ukucnął przy nim. Zdjął okulary i schował je.
-Izaya - powiedział.
Na dźwięk swojego imienia mężczyzna podniósł głowę i spojrzał prosto w niebieskie oczy. Bardzo się zdziwił, gdy zobaczył przed sobą Shizuo. Shizuo za to był nieźle zdzwioiny widząc płaczącego Izayę.
-Izaya - powiedział ponownie blondyn wyciągając rękę, by odgarnąć włosy z czoła ukochanego. Ten jednak odtrącił jego dłoń.
-Nie dotykaj mnie! - powiedział.
Shizuo złapał się za dłoń, którą odtrącił Izaya. Spojrzał na niego. Dlaczego się tak zachowywał? Dlaczego płakał? Chyba nie przezniego? Przecież go nienawidzi. A może nie? Izaya patrzył na niego, łzy płynęły po policzkach.
-Dlaczego? - zapytał czarnowłosy cicho, ledwie słyszalnie. Shizuo popatrzył zdziwony. - Dlaczego mi to robisz? Czy to nie ja jestem twoim przeciwnikiem? Czy to nie ja dostarczam ci poroblemów? Dlaczego nie ja jestem tym, który... - przerwał i spojrzał gdzieś w bok, żeby tylko nie patrzeć już w te niebieskie oczy.
-Izaya - powiedział Shizuo i nie zważając na protest przytulił mężczyznę przed nim.
Czarnowłosy zaczął się szarpać próbując wyrwać się z tego uścisku, który sprawiał mu tyle bólu, a którego tak pragnął.
'Dlaczeo mi to robisz? Dlaczego nie mogę być tym, który cię kocha? Dlaczego on? Dlaczego? Dlaczego kochasz jego nie mnie? Przecież znasz mnie dłużej! Tak bardzo mnie nienawidzisz? Przecież...', myślał Izaya szarpiąc się dalej.
-...ja cię kocham! - wrzasnął. Uścisk blondyna zelżał, a Izaya wreszcie się uwolnił. Zerwał się na równe nogi i spojrzał na leżącego teraz blondyna. Po chwili przyłożył sobie dłoń do ust.
'O matko! Czy ja to powiedziałem głośno?', zastanowił się szybko.
-C... co? - zapytał zaskoczony Shizuo.
-N...nic nie mówiłem - szepnął czarnowłosy cofając się i szykując do ucieczki. Izaya patrzył na blondyna, łzy już nie płynęły z jego oczu. Był zbyt zaskoczony tym, że wyznał mu miłość. Nie mógł uwierzyć, że naprawdę to zrobił.
-Ty... mnie kochasz? - dopytywał się niebieskooki wstając. - Myślałem, że raczej mnie nienawidzisz?
-To ty mnie nie nienawidzisz! - krzyknął Izaya odwracając się zaczął biec.Jednak Shizuo był szybszy. Podbiegł do niego, złapał za nadgarstek, obrócił ku sobie i pocałował.
Izaya próbował z tym walczyć, ale jego ciało zaprotestowało. Tak bardzo pragnął dotyku Shizuo, tak bardzo pragnął tego pocałunku, chciał więcej. Ale wiedział, że to nie może trwać wiecznie. Opamiętał się i odepchnął od siebie blondyna. Chciał go uderzyć, ale zamiast tego wymierzył mu siarczysty policzek. Po alejce poszło echo. Potem nastała cisza.
Izaya stał tylko i patrzył zszokowany tym co właśnie zrobił. Nie wiedział co zrobić. Chciał przytulić się mocno do Shizuo i przeprosić. Ale nie mógł, nie wiedział jak zareaguje teraz blondyn.
Shizuo natomiast zastanawiał się co zrobił źle. Przecież tego pragnął: Izayi. Z tego co wywnioskował to Izaya pragnął jego. Więc dlaczego czarnowłosy go odrzucał.
-Nigdy nie mówiłem, że cię nienawidzę - szepnął w końcu i spojrzał na ukochanego.
-... - Izaya nie mógł wykrztusić słowa.
-Ja również cię kocham.
Czerwonooki nie mógł w to uwierzyć. Shizuo... go kochał? Ale jak to?
-Więc po co całowałeś tego... Kimę?
-To nie ja go całowałem. To on się na mnie rzucił.
-Ale go obejmowałeś.
-Mówiłem już: rzucił się na mnie. A ja odruchowo złapałem. Pzepraszam.
-A te słowa?
-Jakie?
-"Jesteś gorszy niż Izaya"? Wiesz jak to bolało?
-Co? Skąd wiesz o... śledziłeś mnie?
-Nie... - Izaya odwrócił wzrok. - Właściwie to szedłem się z tobą przywitać, ale przebiegłeś obok mnie goniąc za to wiewiórą. Więc pobiegłem za wami. I...
-Przypadkowo usłyszałeś? Skoro tam byłeś to dlaczego się nie pokazałeś?
-Bo tak świetnie się razem bawiliście - prychnął czarnowłosy.
-Wcale... chwila! Izaya!
-Co? - czerwonooki spojrzał na niego.
-Ty jesteś normalnie zazdrosny! - uśmiechnął się blondyn.
-Wcale nie! - zaprzeczył Izaya rumieniąc się mocno i popatrzył w bok. - Po prostu... nie lubię jak ktoś inny cię denerwuje...
Po chwili poczuł jak coś go obejmuje. Spojrzał prosto w niebieskie tęczówki. Zarumienił się jeszcze bardziej. Próbował odepchnąć od siebie blondyna, ale jego uścisk był jak z żelaza.
-Shizu-chan, co ty wyprawiasz? - zapytał poddając się.
-Biorę co moje - blondyna uśmiechnął się szeroko.
-CO?! - Izayę wręcz zatkało.
Shizuo chciał coś jeszcze powiedzieć, ale u wylotu zaułka pojawił się Kima. Z radosnym okrzykiem "Shizuniu!" zaczął wesoło podskakiwać w stronę blondyna. Zatrzymał się dwa kroki od nich. Wskazał na Izayę.
-Kto to jest? - zapytał z fałszywym uśmiechem.
-Moja dziewczyna - powiedział radośnie Shizuo.
-Hę? - zdziwił się Izaya.
'Jak znowu dziewczyna? Ja mu dam dziewczynę!', myślał czarnowłosy.
-Ten wypłosz to twoja dziewczyna? - zapytał znów rudy.
-Tak!
-A ja powtórzę: hę?!
'Wypłosz? A on co? Niby lepszy? Wiewióra jedna! Co on sobie myśli? I dlaczego on jest zainteresowany MOIM Shizu-chan?', zastanawiał się dalej Izaya.
-Zdradzasz mnie z nim? - spytał słodkim głosikiem Kima.
-Jakie "zdradzasz", co? - odezwał się Izaya. - Byłem w tym mieście pierwszy. I to ja pierwszy zacząłem walczyć z Shizuo! Więc idź stąd gonić swój ogon, wiewióro!
Shizuo patrzył na Izayę. Podobało mu się, że walczył o niego tak zawzięcie. Roześmiał się. Przyciągnął do siebie Izayę tak blisko jak to było tylko możliwe i zatopił swoje usta w jego. Gdy poczuł, że wargi czarnowłosego rozchyliły się trochę, skorzystałz okazji i wsunął mu język do ust. Izaya niemal się rozpływał. Przymknął lekko oczy i mruknął z rozkoszy jaką dawał mu język Shizuo.
Kątem oka zauważył jakiś błysk. Chciał oderwać się od Shizuo, ale niezdążyłby. Zamiast tego osunał się lekko i podciął nogi blondyna. Przerywając pocałunek polecieli na chodnik; Izaya na dole, Shizuo na nim. Objął blondyna i gdy padał następny cios przeturlał ich po ziemi. Teraz to on leżał na Shizuo. Plasnął go lekko w policzek.
-Opamiętaj się! On próbuje nas zabić! - powiedział. Shizuo ocknął się.
-Nie was - zaczął rudy - a ciebie!
Padł kolejny cios, a Izaya sturlał sięz blondyna. Kij bejsbolowy zatrzymał się tuż przed Sizuo. Izaya w tym czasie wstał i wyjął swój nóż. Chciał zaatakować, ale został odepchnięty przez Kimę. Cios był tak mocny, że czarnowłosy uderzył w ścianę i z bólu osunął się po niej. Spojrzał na atakującego. Kij zaczął opadać, Izaya skulił się ze strachu i zamknął oczy. Jednak ból nie nadszedł.
Usłyszał za to dzikie krzyki, wycie i głuche uderzenia. Otworzył oczy. Klęczał przy nim Shizuo. Był cały i uśmiechał się wesoło do Izayi. Czarnowłosy rozejrzał się po uliczce. Po rudym nie było śladu, zauważył go u wylotu uliczki. Leżał nieprzytomny na ziemi, wokół niego zbierał się tłumek przerażonych ludzi. Popatrzył znów na blondyna. Spojrzał na jego rękę.
-Shizuo! - złapał go za dłoń i popatrzył z bliska. - Krwawisz! Chodź! - powiedział wstając. - Trzeba to opatrzeć!
Jednak nie mógł ruszyć z miejsca, odwrócił się i zobaczył, że Shizuo patrzy na niego. Potem blondyn przyciągnął go do siebie.
-Nikomu nie pozwolę cię skrzywdzić - powiedział i uśmiechnął się.
-Sh-shizuo?
-Jesteś mój... - wtulił się w niego.
-Shizuo! - powiedział stanowczo Izaya choć miał ogromną ochotę wtulić się w te ramiona i zasnąć.
-Hmm?
Izaya postanowił wyciągnąć broń ostateczną.
-Chodźmy do mnie - szepnął.
Shizuo wyprostował się.
-Prowadź.
Izaya siedział na łóżku i bandażował dłoń blondyna, podczas gdy ten rozglądał się ciekawie po pokoju czarnowłosego. Nie wiedział, że Izaya mieszka sam. Z tego co słyszał miał dwie siostry. Czyżby się wyprowadził z ich domu? Czerwonooki skończył opatrywać mu rękę.
-Izaya...
-Hmm? - powiedział czarnowłosy idąc do łazienki, by zanieśc resztę bandaża. Po chwili wrócił. Shizuo leżał na jego łóżku. -Wygodnie? - zapytał złośliwie.
-Niezupełnie - odparł blondyn. - Chodź tu.
-Co jest? - spytał podchodząc.
Po chwili wylądował na Shizuo. Jego silne ramiona objęły go, i Izaya wiedział, że nawet nie ma co próbować uciekać. Były dwa powody. Pierwszym był żelazny uścisk mówiący "nie puszczę cię". Drugim powodem było to jak dobrze było Izayi w ramionach blondyna. Poddał się więc i wtulił mocno w niebieskookiego. Zaczął powoli zasypiać.
-Izaya?
-Hmm? - mruknął.
-Kocham cię.
-Ja ciebie też...
Shizuo pocałował Izayę po raz ostatni tego dnia. Potem obaj zasnęli.
++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
Żeby nie było! Kima Sarenu jest postacią, którą wymyśliłam na potrzeby napisania tego fanfica! XD Mam nadzieję, że się podobało. :D
.:Fanki są najgorsze, ale to dzięki nim wszystko funkcjonuje:.
Nastrój:

Fran spojrzał na Bela. Rozmawiał ze Squalo na temat misji.
-On jest absolutnie bezsensowny. Zginie. Z mojej ręki. Shishishishi~ - poweidział blondyn wskazując na zielonowłosego.
-VOOOOOOII ! Masz się nim zająć! Ma wrócić bezpieczny! Nie stać nas teraz na szukanie nowego iluzjonisty! - wydarł się białowłosy.
-Ale on jest tylko zamiennikiem.
Fran poczuł ukłucie w sercu.
Mou yukiba ga nai wa
Now there's no where to go
Od kiedy tylko został przydzielony do upadłego księcia, gdy tylko na niego spojrzał zaczął go naprawdę lubić.
Kono koi no netsuryou
In the heat of this love
Ahh...
Chciało mu się krzyczeć. Oczywiście wiedział, że to niemożliwe, by Bel spojrzał na niego jak na normalnego człowieka. Chociaż tyle. A już nie ma co mówić, by TEN książę się w nim zakochał. Co on sobie w ogóle myśli. Ale tak bardzo go uwielbia.
-Nie obchodzi mnie to! - krzyknął Kapitan Strategii. - Może sobie być zamiennikiem dla Mammona! Ale Mammon nie żyje! I naszym Strażnikiem Mgły jest teraz on! - powiedział i wskazał na iluzjonistę.
-Dobra! Ale nie ręczę, że wróci cały, shishishi~.
Fran spojrzał na niebo. Było zachmurzone, zbierało się na deszcz. Albo nawet porządną burzę.
Haiiro no kumo
Gary clouds
MONOCHROME no kensou
Monochrome bustles
Hizashi wa kageri
Sunlight cast shadows
I zanosi się na burzę nie tylko tutaj. Prawdopodobnie również będzie spora awantura. Zielonowłosy popatrzył na ziemię, gdy zerwał się mocniejszy podmuch wiatru. W powietrze wzbiły się drobinki piasku.
-Rany, że też musze się zajmować nowym. Co jestem? Niańka? - mruknął Bel.
-Cisza! - wydarł się Squalo.
W oczach Frana zebrały się łzy.
Yuugure wa iro wo kaete iku
Dusk is changing it's color
Ahh, sekai ga nijin de
The world is blurred
Fran wytarł łzy, by nikt ich nie zauważył. Nie ważne czy Bel zwróci na to uwagę, on zawsze będzie go lubić. I chyba mawet będzie mógł spróbować coś zaradzić, by blondyn zwrócił na niego uwagę. Inną niż wbijanie w niego noży. Tylko jak?
Soredemo SUKI de irareru ka nante
Even so wll I still love you
Wakatteru
I know this
Kedo dou sureba ii no
Though waht should I do
Doushitara
What can I
Dou sureba
How can I
BAKA da na
What a fool
Watashi
I am
-Hej, Głupia Żabo! - powiedział Bel do Frana. Ten odwrócił się i spojrzał na blondyna. - Idziemy.
Bel skoczył z balkonu i miękko wylądował na ziemi. Od razu zaczął biec. Fran podążył za nim. Po chwili go wyprzedził. Biegli tak jakiś czas. Jednak coś zaczęło mu przeszkadzać.
-Bel-sempai - powiedział iluzjonista. - Czy możesz prowadzić? Twoje mordercze spojrzenie zaczyna boleć.
-Nie.
-Ale sempaaai - zaczął Fran.
-I przestań z tym monotonnym głosem. Jest denerwujący, shishishi~.
-Tak jak ty, głupi fałszywy książę - mruknął zielonowłosy.
Poczuł w plecach nóż. Nie przejął się nim i biegł dalej.
-Coś mówiłeś?
-Nie, Bel-sempai.
Hajimeru no yo
Let's begin
Kore wa sensou
This is war
Biegli już w milczeniu. Prawie, bo Belowi kilka razy zebrało się na śmiech. Nie wiadomo czemu. Zapadł zmierzch, zatrzymali się w jakimś hotelu. Nie spodobało się to księciu.
-Bel-sempai, wolisz spać na twardej zielmi w lesie? - zapytał Fran.
-Shishishi~, hotel ujdzie.
Wynajęli dwa pokoje, z pieniędzy Varii oczywiście. Mało tego, Bel zaszalał i wynajął sobie dziewczynę na noc. Też za pieniądze Varii.
-Głupi długowłosy kapitan nie będzie zadowolony - powiedział Fran, jednak został zignorowany.
Bel pociągnął dziewczynę do pokoju i zamknął drzwi. Fran chcąc nie chcąc poszedł do swojego pokoju.
Spojrzał na mały pokoik i usiadł na łóżku. Po chwili usłyszał jak w sąsiednim pokoju wydziera się dziewczyna.
-Nie ociąga się - mruknął Fran i podciągnął kolana do klatki piersiowej. Oplótł je rękami i położył na nich głowę. Po policzkach pociekły łzy.
Ureshi sou na kimi wo miru nante
Oh, to see you pleased with someone else
Satsu naru koi
Earnest love
Sore wa tsumi
That is Sin
Misete ageru
I will show
Watashi no omoi wo
How I feel
Dziewczyna wydała ostatni krzyk - przerażony. Zamilkła a w pokoju obok rozległ się śmiech. Fran zdjął płaszcz i położył się na łóżku. Po chwili zasnął.
++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
Obudziło go walenie do drzwi.
-Wstawaj, bo cię zostawię - rozległo się za drzwiami.
Dwie minuty i był gotowy. Otworzył drzwi.
-Dzień dobry, Bel-sempai - Fran uśmiechnął się.
-Idziemy - powiedział blondyn i odszedł.
'Nawet nie zwraca uwagi na jakiekolwiek najmniejsze zmiany', pomyślał Fran.
Saken de mita MEGAPHONE wa kowareteta no
The Megaphone I tried shouting in was broken
Dore dake senobi shitatte
How hard I rty to overreach myself
Kimi no shikai ni hairanai
I would fail to get into your sight
Wyszli na powietrze. Niebo było czyste. Zaczęli biec, by już po chwili znów znaleźć się w lesie. I by po chwili zostać zaatakowanym.
-Bel-sempai... - zaczął Fran.
-Zamknij się i użyj pierścienia.
-A mogę zdjąć ten głupi kaptur?
Fran dostał nożem.
-Nie, shishishi~.
Przeciwników było dużo. Za dużo. Bel był niby mistrzem i, jak sam siebie nazywał, geniuszem, ale było ich zbyt dużo na ich dwóch. Nie mogli się uporać z narastającą liczbą atakujących. W końcu Bel został przygwożdżony do ziemi. Poradziłby sobie, gdyby ne to, że trzymało go pięciu ludzi. A szósty właśnie atakował. Wzniósł sztylet mierząc w oko blondyna.
-Bel-sempai!
Fran rzucił się, by powstrzymać mężczyznę. Niestety, potknął się i zamiast odebrać cios na ramię, tak jak planował, odebrał go na klatkę piersiową. Zbyt blisko serca.
-Głupia Żaba - usłyszał głos Bela, który dzięki niechętnie przyjętej pomocy uwolnił się.
Właśnie zabijał ostatniego przeciwnika. Potem spojrzał na Frana, który leżał na ziemi. Próbował wstać, ale przeszył go ból tak ogromny, że padł znów na ziemię. Sięgnął ręką i wyciągnął sztylet. Krew buchnęła na twarz Bela, który chciał się nachylić nad zielonowłosym.
-Chyba uszkodził ci serce, shishishi~ - zaśmiał się książę próbując krwi. - A mówiłem, że raczej nie wrócisz cały, shishishi~.
Fran poczuł jak powolutku uchodzi z niego życie, jego powieki były coraz cięższe. Zaczęła ogarniać go ciemność, czuł jak w jego oczach zbierają się łzy, ale powstrzymał je. Wysilił się jeszcze i spojrzal ostatni raz w niebo. Było czyste jak nigdy.
-Ej, chyba nie zamierzasz umrzeć, co? Nie mam zamiaru wysłuchiwać kolejnego kazania, shishishi~.
'Fran, teraz albo nigdy. I tak pewnie nie przeżyjesz', pomyślał iluzjonista.
Ahh, itsunomanika hareta sora
A clear sky slid by
Zenzen niawanai
But it doesn't suit at all
Kimochi ga osaerare nakute
I couldn't get a hold of my feelings
Doushitara
What can I
Dou sureba
How can I
Naite nanka
Crying... no
Nain dakara ne
I'm not
DAISUKI
I love you
-Bel-sem..pai - wyjęczał Fran resztkami sił.
Bel musiał się nachylił, by usłyszeć ostatnie słowa tej głupiej żaby.
-Co?
-Ko...cham Cię...
Fran zamknął oczy i zamilkł. Bel popatrzył na niego. Zaczął odchodził z maniakalnym uśmiechem na twarzy, ale zatrzymał się po paru krokach. Obejrzał się na ciało towarzysza. Uśmiech znikł mu z twarzy.
-Cholera. Dlaczego pierwsza osoba, która mnie pokochała musi być facetem? - zapytał sam siebie. Podszedł do ciała i przerzucił je soboie przez ramię. - Nienawidzę cię. Mam nadzieję, że będziesz mi za to wdzięczny.
Bel ruszył w stronę najbliższego miasta. Musi jak najszybciej dostać się do szpitala.
++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
Pielęgniarka poprawiła maskę na twarzy Frana. Bel podstawił jej nóż do gardła. Spojrzała na niego przerażona.
-Lepiej żeby przeżył - powiedział książę. - I lepiej żeby, jak wyzdrowieje, mógł normalnie funkcjonować.
-B-będzie, obiecuję!
-Jak nie, znajdę cię i zabiję, shishishi~.
-Tak jest! - powiedział i wybiegła z pokoju.
Bel patrzył na Frana.
'Jest nawet całkiem słodki jak jest nieprzytomny', pomyślał Bel. 'Szkoda, że wcześniej mi nie powiedział... Chociaż pewnie, przy normalnej okazji, bym go zabił. Ale ten debil uratował mi życie i... wyznał mi miłość myśląc, że dam mu zdechnąć, shishishi~', Bel uśmiechnął się szeroko i patrząc tak na Frana wyobraził go sobie w sukience. 'Taaa, moja chora wyobraźnia.', zaśmiał się Bel. 'Ale on jest taki... dziewczęcy.'
Usłyszał cichy przeciągł dźwięk, spojrzał na wyświetlacz maszyny. Puls Frana zniknął. Lekko zszokowany zawołał lekarza. Pozwolił, by zielonowłosym zajęli się profesjonaliści. Jednak najpierw trochę ich postraszył, by wiedzieli z kim mają do czynienia i by byli pewni, że jeśli Fran nie przeżyje to zginą.
.'O nie, teraz jak już to powiedziałeś nie dam ci tak łatwo umrzeć', pomyślał Bel. 'Jesteś mój'.
Fran otworzył oczy i rozejrzał się. Stał na cienkiej jasnej ścieżce. Spojrzał dokąd ona prowadzi, ale ta nie kończyła się tylko zanikała w ciemności otoczenia.
'Czyżby czekała mnie wieczna wędrówka?, pomyślał iluzjonista. 'I co z Belem? Żyje? Hahahaa, może nawet się o mnie martwi? Nieee, raczej się śmieję nad moimi zwłokami. Ehhh'.
Poczuł dziwny powiew między nogami. Spojrzał na siebie.
'Dlaczego. Jestem. W. Sukience?', zapytał przerażony. 'To jakiś żart? Czym ja zawiniłem? TTATT'.
Zastanowił sie chwilę.
'Hej, to nie taki zły pomysł! Mogę się tak ubrać i... Chwila... Przecież ja nie żyję...', pomyślał i zasmucił się. Zaczął śpiewać.
Tatakau no yo
Fight it out
HEART wo ute
Shoot right to the heart
Shudan nante eran de rarenai
I don't have a choice
SKIRT hirai misetsukeru no yo
Show off my skirt flap
Kimi no shisen ubatte miseru no
I shall make your gaze upon me
'Heh, szkoda, że jemu nie mogę zaśpiewać. Ale ze mnie debil'.
Bel patrzył jak lekarze spisują czas zgonu. Nie pozwolił jednak jeszcze odłączyć respiratora.
'No, Kapitan nie będzie zbyt wesoły... Ja z resztą też nie...', pomyślał.
-Wy - zwrócił się do lekarzy i pielęgniarek. - Lepiej uciekajcie. Jak się z nim pożegnam czas na mord.
Wszyscy wytrzeszyli oczy, a gdy zobaczyli diabelski uśmiech na twarzy blondyna zaczęli uciekać ile sił w nogach. Bel został sam z martwym Franem, którego chyba zaczynał kochać. Tylko dlaczego tak późno? Po policzkach fałszywego księcia potoczyły się łzy.
'Co? Przecież ja nigdy nie... Fran ty dupku, shishishi~'.
Nachylił się nad nim, ujął jego twarz w dłonie.
Geigeki youi
Get ready to intercept
-Ty mała glupia szmatława Żabo! - powiedział Bel. Sam nie wiedział już czy jest wściekły czy nie.
Fran był taki piękny.
Senkyou wa imada furi nano desu
War situation still a drawback
-Obudź się, do jasnej cholery! Chcesz, żebym dostał opieprz przez ciebie?!
Patrzył na tą bladą cerę, na jego delikatnie różowe usta, które teraz powolutku siniały.
-Patrz, debilu! Przez ciebie płaczę! Pierwszy raz w życiu! Kochasz mnie? - mówił Bel do zwłok. - Kochasz? Jeśli tak to obudź się! Nie pozwól bym został sam!
Palcami delikatnie rozchylił usta iluzjonisty. Nagle poczuł się dziwnie samotny, bez tego denerwującego debila.
Koi wa moumoku
Love is blind
-Jeśli się teraz obudzisz, objecuję, ze będę cię kochać! Niezależnie od wszystkiego! Błagam, obudź się... Kocham cię... - jęknął zrozpaczony Bel.
Nachylił się, by pocałować zielonowłosego.
Fran stojąc tak w mroku usłyszał głos.
'To.. był głos Bela?', zastanawiał się zszokowany. 'Ale... dlaczego? Czy on powiedział, że będzie mnie kochać? Myślałem, że go nie obchodzę... A może...?'
Potem poczuł na ustach pocałunek. Coś nim szarpnęło i obróciło w miejscu. Spojrzał na drogę, którą pzeszedł. Wziął głęboki wdech i zaczął biec z powrotem ile sił w nogach.
Kimi no kuchizuke de me ga sameru no
Yes, I'll be awaken by your kiss
Fran otworzył oczy. Spojrzał na plecy blondyna, który właśnie chciał wyjść, by dokonać rzezi na pracownikach szpitala.
-Bel-sempai - szepnął.
Blondyn natychmiast odwrócił się i spojrzał na zielonowłosego.
-Fran... - jęknął.
Już po chwili tulił do siebie iluzjonistę.
-Bel-sempai... Dusisz mnie...
-Mam prawo - usłyszał w odpowiedzi. Bel pocałował go czule, Fran spojrzał zdziwiony. - Głupia Żabo, nigdy więcej tego nie rób. Nie pozwolę ci zginąc, zrozumiano?
Fran kiwnął głową.
-Dobrze...
-Bel-sempai...?
-Hmm?
-Dziękuję, że mnie uratowałeś. Ale dlaczego? - koniecznie chciał to usłyszeć.
-Debil. Bo cię kocham, shishishishi~ - powiedział Bel i po raz kolejny pocałował Frana.
Potem przytulił go mocniej. Fran wtulił się w niego. Bel uśmiechnął się.
-Nigdy cię nie wypuszczę...
.:Fanki są najgorsze, ale to dzięki nim wszystko funkcjonuje:.
Nastrój:

GRIMMJOW
Siedziałem na samym czubku słupa telegraficznego i obserwowałem pokój Ichigo, a konkretnie jego samego. Od tak dawna podobał mi się ten chłopak. Był silny, miał pięknie zbudowane ciało, a jednak miał w sobie coś z uke. Lubię te jego rude włosy, brązowe oczy, a jeszcze bardziej jego głos. Chciałbym kiedyś usłyszeć jak tym słodkim głosem krzyczy moje imię, jak krzyczy w erotycznych spazmach.
Jednak jest ktoś jeszcze, kto pragnie tego Shinigami równie mocno co ja. Ten ktoś jest Espadą i nazywa się Ulquiorra Schiffer.
ULQUIORRA
Przechadzałem się korytarzami Hueco Mundo. Myślałem o Ichigo Kurosakim. Wiedziałem, że Grimmjow również go pragnie. Nie mogłem jednak pozwolić, by to on był, który choćby pocałuje rudego.. A już na pewno nie pozwolę na to, by to niebieskowłosy odebrał brązowookiemu dziewictwo. Muszę coś z tym zrobić.
ICHIGO
Siedziałem przy oknie i patrzyłem w ciemność. Zastanawiałem się nad tym co ostatnio wyprawiają Grimmjow i Ulquiorra. Byli jakcyś dziwni. To znaczy dziwniejsi niż zwykle. Nie brali walki ze mną na poważnie. A jeśli jednak to starali się jak najmniej atakować. Jakby bali się, że zginę, jakby tego nie chcieli. Mam nadzieję, że nie planują niczego głupiego.
Hmmm... Grimmjow... Jest taki odważny i... nieprzewidywalny. Ale coś mnie do niego ciągnęło. Podobały mi się jego włosy. Były niebieskie, co jest niecodziennym widokiem.
Z drugiej strony Ulquiorra też nie jest zły. Taki trochę emo jakby, ale również bardzo pociągający. Ciekawe jakby to było... Nie! Kurczę, o czym ja myślę?! Jestem facetem, oni też! Nie mogę ich kochać!
Nagle poczułem silne reiatsu. Przemieniłem się w Shinigami i wybiegłem z domu. Zaatakował mnie Grimmjow.
GRIMMJOW
Śmiałem się. Śmiałem się szaleńczo, nieprzerwanie. Nagle przestałem i spojrzałem w brązowe oczy. Gdy patrzyłem na Ichigo w tym jego czarnym płaszczu czułem jak ogarnia mnie podniecenie. Chciałem go mieć, tu i teraz. Już chciałem go pocałować, gdy zobaczyłem Ulquiorrę. Był już bardzo blisko nas.
- Oduń się od niego, Grimmjow. - powiedział, gdy już stanął przy nas.
- A jeśli nie?
- Ostrzegam cię, Pantero, lepiej się odsuń.
- Heh!
ULQUIORRA
Chciałem porwać Ichigo do Las Noches. Chciałem go mieć tylko dla siebie, robić z nim rzeczy, o których nawet mu się nie śniło. Popatrzyłem na rudego przez chwilę. Tak bardzo go pragnę.
- Cholera! - krzyknął Kurosaki.
Potem pochylił się lekko i zaatakował Grimmjowa. Ten w ostatniej chwili odskoczył, wyjął swój miecz. Zamachnął się, ale przypomniał sobie z kim walczy. Opuścił miecz, a wtedy brązowooki wyprowadził serię ciosów. Niebieskowłosy robił uniki. Przestałem się przyglądać i podszedłem do rudego. Gdy podniósł miecz chcąc wyprowadzić atak z góry, złapałem go za nadgarstki. Znieruchomiał z zaskoczenia. Wtedy Grimmjow wbił miecz w jego biodro i przekręcił. Kurosaki zawył z bólu. Gdy niebieskooki wyciągnął z biodra rudego miecz, Ichigo synkął jeszcz, po czym zemdlał. Złapałem go w pasie i podniosłem. Spojrzałem na Grimma. On na mnie. Zrozumieliśmy się bez słów.
Skoro w walce tak świetnie nam idzie, gdy działamy razem, to zadziałamy razem również w stosunku do Kurosakiego. Otworzyliśmy bramę do Hueco Mundo i wróciliśmy do domu.
ICHIGO
Obudziłem się i rozejrzałem po pokoju, w którym się znajdowałem. Łóżko, na którym leżałem, szafka nocna zaraz obok i niebieski dywanik na samym środku pokoju. Tylko tyle tu było. Usiadłem. Przeszył mnie tak przenikliwy ból, że aż jęknąłem. Drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł Ulquiorra, a zaraz za nim Grimmjow.
- Jak się czujesz? - spytał niebieskowłosy.
Nic nie powiedziałem. Niech spadają. Nie będę się odzywać, nie wydam z siebie żadnego dźwięku, choćby nie wiem co ze mną robili. Tylko na nich patrzyłem. Grimmjow zdenerwował się, uklęknął na łóżku i nachylił w moją stronę. Nasze usta prawie się stykały. Odchyliłem się trochę do tyłu.
- Dlaczego nie odpowiadasz? - zapytał, a w jego głosie zabrzmiała nutka irytacji.
Ja jednak wciąż tylko się w niego wpatrywałem. W końcu podniósł rękę chcąc mnie uderzyć. Jednak Ulquiorra go powstrzymał. Grimmjow spojrzał na niego wściekle.
- To nie jest dobry pomysł. Tak nie zmusisz go do mówienia. - powiedział.
- Racja. - zgodził się Grimm i uśmiechnął szeroko.
ULQUIORRA
Spojrzałem w oczy rudzielca. Puściłem rękę Grimmjowa, uklęknąłem na skraju łóżka i już po chwili całowałem Ichigo patrząc prosto w piękne, brązowe tęczówki. Źrenice rozszerzyły się ze zdiwienia. Poczułem, że Grimm poruszył się na łóżku. Chwilę później zostałem odepchnięty, a Ichigo znalazł się na środku pokoju, na dywaniku. Był tak słodko zarumieniony, ale jakby czymś podenerwowany. Patrzył na niebieskowłosego. Ja również spojrzałem. Byem zły, że nam przerwał. On jednak uśmiechnął się tlyko i podszedł do Kurosakiego. Ten cofnął się. Podszełem i ja, już po chwili znów całowałem rudzielca. Jego usta rozchyliły się zapraszająco.
GRIMMJOW
Podszedłem od tyłu do Ichigo i zsunąłem jego płaszcz Shinigami. Odsłonił pięknie wyrzeźbione ramię. Nachyliłem się i zacząłem ustami muskać delikatną skórę. Po chwili zacząłem jeździć językiem w górę i w dół ramienia. Po chwili przestałem, a Ulquiorra przerwał swój namiętny pocałunek. Chciał odejść, jednak Kurosaki chwycił go za koszulę.
- W-więcej... - jęknął.
Wreszcie wydał z siebie jakiś dźwięk. Uśmiechnąłem się i spojrzałem na czarnowłosego. On spojrzał na mnie. Kiwnął głową. Podniosłem rudego i zaniosłem na łóżko. Patrzył na mnie spod przymrużonych powiek, był mocno zarumieniony. Wyglądał naprawdę słodko. Usiadłem na brzegu łóżka, pochywliłem się i pocałowałem go. Potem sięgnąłem do jego płaszcza, który o dziwo jeszcze się na nim trzymał. Rozerwałem go i rzuciłem na podłogę strzępki. Potem sięgnąłem do paska spodni rudego. Rozwiązałem go i zsunąłem z niego spodnie, moim oczom ukazały się błękitne bokserki. Z pięknym wybrzuszeniem w miejcu krocza. Uśmiechnąłem się szeroko.
- Ulquiorra, może się przyłączysz? - zapytałem czarnowłosego.
- Bardzo chętnie. - odparł. Wydawało się, że czekał na to zaproszenie.
Usiadł z drugiej strony łóżka. Ściągnął z siebie koszulę, potem pochylił się i zaczął delikatnie całować tors rudego. Zatrzymał się tylko przy jego sutkach, by je trochę podrażnić. Spojrzałem na twarz Ichigo. Cały czas miał przymrużone powieki, patrzył co z nim robimy. Gdy Ulquiorra delikatnie ugryzł jego sutka, jęknął głośno. Przejechałem dłonią po wybrzuszeniu w kroku. Ichigo napiął mięśnie. Bez zastanowienia zdjąłem z niego bokserki, roześmiałem się. Męskość Ichigo stała na baczność. Popatrzyłęm na niego, odwrócił wzrok i zrobił się czerwony. Pogładziłem go po policzku, potem pochyliłem się i zacząłem łapczywie lizać penisa rudego. Chłopak wyprężył się jak struna i westchnął.
- G-grimmjow... - jęknął.
Ten ton był muzyką dla moich uszu. Przerwałem ssanie i popatrzyłem na zielonookiego.
- Ulquiorra, może już? - zapytałem.
- Jeszcze za wcześnie, ale możesz zacząć.
- Jak to? Nie będzie protestów, że to ty chcesz?
- Nie. Działamy razem, tak? Więc działaj.
To mi wystarczyło. Rozebrałem się i odwróciłem chłopaka na brzuch. Uniosłem lekko jego biodra i delikatnie wsadziłem w niego palec. Zacisnął dłonie na kołdrze. Zacząłem palcem stymulować w nim, potem dodałem drugi, a po chwili trzeci palec. Ulquiorra tylko patrzył. Ichigo zaczął ruszać biodrami chcąc więcej. Wyjąłem z niego palce i spojrzałem na czarnowłosego i zapraszającym gestem wskazałem na rudego. Zielonooki podszedł i rozebrał się. Ja również pozbyłem się swoich ciuchów. Kurosaki ruszył się. Podparł się na łokciach, odwrócił głowę i popatrzył na nas. Z jego ust ciekła strużka śliny.
ICHIGO
Patrzyłem na nich, dyszałem lekko. Czułem jak po podbródku cieknie mi strużka śliny. Czułem falę podniecenia, która przeszywała mnie na wkroś. Chciałem więcej, chciałem, żeby coś się wreszcie stało.
- Grimmjow... - jęknąłem. - Więcej, błagam...
Niebieskowłosy spojrzał na mnie lekko zdziwiony. Potem uśmiechnął się i zerknął na czarnowłosego. Ten po raz pierwszy się uśmiechnął, choć ledwo zauważalnie i pochylił się do Grimmjowa. Szepnął mu coś na ucho, patrząc na mnie kątem oka. Niebieskooki tylko się uśmiechał, ale teraz tak... perwersyjnie.
ULQUIORRA
Chciałem odebrać rudemu dziewictwo, ale stwierdziłem, że Grimmjow zrobi to lepiej.
- Spójrz tylko na niego, taki bezbronny, taki słodki. - szeptałęm Panterze do ucha. - Widzisz to piękne ciało? Jest cały twój. No, prawie cały. Możesz mu zrobić co tylko chcesz.
Grimm uśmiechał się perwersyjnie. Ta wizja ogarnęła go doszczętnie. Był taki zadowolony. Mówiłem mu chciał usłyszeć, ale też to co uważałem za słuszne.
- Umówmy się: ty odbierzesz mu dziewictwo, ale ja zrobię z nim potem cokolwiek zechcę. - Grimmjow kiwnął głową. - A następnym razem to ja będę go pieprzyć, a ty dokończysz zabawę. I tak na zmianę. Co ty na to?
Niebieskowłosy zastanowił się.
- Zgoda. - powiedział.
GRIMMJOW
Zgodziłem się na tą propozycję, ponieważ była całkiem niezła. Heh, słodka rozkoszy, nadchodzę. Uklęknąłem przy rudzielcu i bez pytania w niego wszedłem. Starałem się być delikatny, jednak wiadomo, że pierwszy raz boli. Rudy naprężył się i jęknął głośno. Zacząłem się w nim poruszać, najpierw powoli, jednak po chwili coraz szybciej. Rudy dyszał głośno, a jego jęki niosły się po całym pokoju.
- G-grimmjow... Mocniej... - wydyszał rudy.
Wzmocniłem ruchy bioder i już po chwili chłopak zaczął krzyczeć. Był krzyk rozkoszy, krzyk przeszywający każdą komórkę w moim ciele. I mogę się założyć, że w ciele Ulquiorry też. Przyspieszyłem jeszcze trochę ruchy i trzymając biodra Ichigo nadałem właściwy rytm. Po chwili Kurosaki doszedł z donośnym krzykiem, a ja chwilę po nim. Wyszedłem z niego i opadłem na łóżko lekko dysząc.
- Ulquiorra. - powiedziałem. - Jest twój.
Czarnowłosy kiwnął głową i odwrócił Ichigo na plecy.
ULQUIORRA
Nachyliłem się nad Ichigo i spojrzałęm mu prosto w oczy. Wyciągnał ręce i objął mnie za szyję. Ja sięgnąłem w dół i rozsunąłem mu nogi. Potem delikatnie, aczkolwiek stanowczo w niego wszedłem. Rudy wygiął się w tył. Zacząłem się w nim poruszać. Pochyliłęm się i zacząłem go całować. Po chwili, gdy skupienie się na posuwaniu go i jednoczesnym całowaniu było już zbyt trudne, przerwałem pocałunek. Ichigo przyciągnął mnie do siebie i wtulił się we mnie. Jęczał mi wprost do ucha, a było to takie przyjemne. Słyszeć wielkiego Shinigami, który teraz pojękiwał słodko w erotycznych spazmach to nielada przyjemność. Z każdym kolejnym pchnięciem Ichigo wydawał z siebie coraz to głośniejsze jęknięcia. W końcu po raz drugi tego dnia doszedł, a ja razem z nim. Potem wyszedłem z niego i położyłem się obok. Cały czas był we mnie wtulony. Z drugiej strony położył się Grimmjow i przytulił chłopaka. Potem Ichigo powiedział coś co było bardzo miłe.
- Nie pozwólcie bym wrócił do tamtego świata.
To oczywiste, chciał zostać z nami.
- Nie pozwolimy. - powiedziałem. - A jeśli ktoś zechce cię stąd zabrać, zabijemy go.
Ichigo uśmiechnął się tylko, wtulił mocniej i zasnął. Zaraz po nim zasnął Grimmjow, a ja nakryłem nas lekko kołdrą i również zasnąłem.

.:Fanki są najgorsze, ale to dzięki nim wszystko funkcjonuje:.
Nastrój:

Nana-chan, to dla ciebie, gomen trochu mi nie wyszło, ostatnio jakoś brak mi natchnienia. Gomenasai. :*
_________________________________________________
Czarnowłosa zajrzała do pokoju. Na łóżku siedział blondyn i lepił figurki ze swojej gliny. Na podłodze siedział rudzielec i strugał małą kukiełkę. Dziewczyna uśmiechnęła się. Cichutko weszła do pokoju, zamknęła za sobą drzwi i oparła się o nie. Męźczyźni spojrzeli na nią.
-Witaj, Nanami - powiedział Sasori.
-Hejka - dodał Deidara.
-Czeeeść - odparła dziewczyna.
Podeszła powoli do blondyna i nachyliła się nad nim. Patrzyła jak lekko nerwowo lepi figurkę. Jego palce zaczęły drżeć. Nanami uśmechnęła się i odgarnęła włosy. Chuchnęła delikatnie na szyję Deia. Ten z zaskoczenia upuścił figurkę. Spojrzał na nią zdziwiony.
-Czego chcesz? - zapytał.
-Tylko jednego: ciebie.
Usłyszeliśmy kliknięcie drzwi. To Sasori otworzył je na oścież i wyszedł.
-Rozbieraj się - powiedziała Nana do blondyna.
-Nie - odpowiedział.
Nanami straciła panowanie nad sobą. Uderzyłą Deia aż echo poszło.
-Powiedziałam: rozbieraj się.
Deidara wybiegł z pokoju. Nanami poszła na chwilę do siebie i wzięła łańcuch.
Blondyn siedział w kuchni otoczony resztą Akatsuki. Po chwili do kuchni weszła Nana.
-Witam wszystkich - powiedziałą do ogółu.
Deidara siedział uśmiechnięty. W końcu dziewczyna nigdy nie odważy się zrobić mu krzywdy w otoczeniu takiej ilości mężczyzn.
-Ohayo, Nana - odparli wszyscy.
Nana podeszła do Deidary i wyciągnęła zza pleców łańcuch. Deidara zerwał się z krzesła i odwrócił w jej stronę. Ta pchnęła go na stół. Deidara upadł na mebel, a już po chwili został do niego przykuty. Rozejrzał się po członkach Akatsuki. Byli zdziwieni, ale ne reagowali. Byli zbyt zszokowani. Blondyn spojrzał przed siebie i zobaczył diaboliczny uśmiech. Zaczął się szarpać lecz łańcuch był zbyt wytrzymały. Nana nachyliła się nad nim i wyszeptała:
-Będziesz moją dziwką.
Deidara zamarł. Tymczasem Nanami rozdarła na nim bluzkę i zaczęła dłońmi błądzić po jego nagim już torsie. Po chwili zjechała w dół i zaczęła zdejmować z niego spodnie. Blondyn znów spróbował się wyrwać. Jednak czarnowłosa była szybsza. Była już prawie rozebrana, teraz nachylała się nad nim.
-Nie uciekniesz mi... - powiedziała.
Spojrzała dokoła.
-Czego się gapicie? - spytała.
-Eee... no nic... - powiedział Kisame.
-Wypierdalać! - warknęła Nana.
Wszyscy się zmyli dosłownie w ułamku sekundy.
-No, teraz, gdy jesteśmy sami... - dodała do Deidary. - Mogę kontynuować...
Uśmiechnęła się szeroko. Sekundę później była kompletnie naga i na czworakach nachylała się nad blondynem. Ręką powoli przejechała w stronę jego męskości. Łatwo dał się ponieść podnieceniu, jego penis już stał na baczność. Nana spojrzała w tamtą stronę i uśmiechnęła się szeroko. Już po chwili siedziała na nim okrakiem pozwalając by jego męskość weszła w nią głęboko. Jęknęła cichutko. Zaczęła ruszać biodrami sprawiając, że z ust Deidary wydobywały się coraz głośniejsze jęki i westchnienia. Nan wyprężyła się jak struna i odetchnęła głęboko. Deidara nie mógł nic zrobić, był przykuty do stołu. Mógł tylko poddać się rozkoszy jaką przynosiła mu Nanami. Kiedy czuł, że zaraz dojdzie Nanami zsiadła z niego.
-Heeee... - jęknął.
-Oj, Dei, Dei... Nie ma tak dobrze - powiedziała i ubrała się. Wzięła z szuflady nóż. Podeszła do blondyna i spojrzała na niego. W jego oczach rosło przerażenie. Nanami położyła ostrze noża na podbrzuszu chłopaka i przejechała delikatnie zostawiając cieniutką czerwoną smużkę. Dei westchnął.
-Lubisz ból, co? - spytała czarnowłosa patrząc jak penis blondyna sztywnieje jeszcze bardziej.
Przejechała nożem jeszcze w paru miejscach. Za każdym razem coraz bliżej jego męskości. W końcu wbiła nóż na całą długość ostrza w jego ramię. Deidara krzyknął. Nana spojrzała na spermę, która zabrudziła stół.
-Heh, nie postarałeś się - powiedziała czarnowłosa. - Następnym razem ma być lepiej - dodała i wyszła z kuchni.
Przy wyjściu zobaczyła chłopaków, którzy trzymali kamerę. Uśmiechnęła się do niej i powiedziała:
-Tak się załatwia facetów, dziewczyny.
Akatsuki spojrzało na nią. Zaczęła powoli odchodzić korytarzem.
-Za 5 minut możecie go odkuć - rzuciła jeszcze na odchodnym, po czym zniknęła za rogiem korytarza.
Wśród członków Akatsuki zapadło milczenie. Zajrzeli tylko do kuchni, by spojrzeć w jakim stanie jest blondyn. Potem spojrzeli na kamerę. Po chwili Tobi powiedział:
-Trzeba to wrzucić do internetu.
.:Fanki są najgorsze, ale to dzięki nim wszystko funkcjonuje:.
Nastrój:

Zamówienie zrealizowane dla Batona...
+_+_+_+_+_+_+_+_+_+_+_+_+_+_+_+_+_+_+
Itachi wszedł do pokoju Madary.
-Dzień dobry, Madara-sensei - powiedział i spojrzał na swojego rozczochranego mistrza, który właśnie wstawał z łóżka.
-Dzień dobry, Itachi - powidział rozczochrany brunet i przeciągnął się. - Przyszedłeś na trening?
-Tak.
-Heh, nie ma nic za darmo. Pomóż mi się ogarnąć - rzucił Madara i wstał.
Itachi podszedł do szafy i wyciągnął z niej ciuchy. Madara w tym czasie rozczesał włosy. Podszedł do Itachiego i pozwolił, by pomógł mu się ubrać.
-Itachi, mówiłem ci już, że jesteś piękny? - powiedział Madara już ubrany.
Itachi zarumienił się i odwrócił wzrok. Wiedział już od dłuższego czasu, że Madara go pragnie. On sam pragnął swojego senseia, chciał mu się poddać, wtulać w jego umięśniony tors. Ale bał się do tego przyznać.
-Idziemy - powiedział Madara i zmierzył w stronę drzwi.
Itachi podążył za nim.
Madara zrobił unik i ciął ostrym jak brzytwa mieczem. Itachi odskoczył i zrobił parę kroków do tyłu. Uniknął poważnej rany. Stanął i złapał oddech. Madara patrzył na niego z dumą. Po chwili znów zaatakował. Itachi uderzył plecami w ścianę i osunął się po niej. Podniósł się i jęknął. Dostał skurczu. Nie przejął się nim jednak i rozpoczął kontratak. Siekł kataną trochę na czuja, ale głównie celował dokładnie. Nie trafił ani razu, Madara był dla niego za dobry. Itachi znów wylądował na ścianie. I znów od razu wstał.
-Dość - powiedział Madara. - Starczy na dzisiaj.
Itachi patrzył na niego.
-Madar-sensei... A może jeszcze jeden trening? - spytał brunet rumieniąc się leciutko.
Starszy popatrzył na niego. Uśmiechnął się. Podszedł naprawdę blisko, wcisnął Itachiego w ścianę i pocałował go namiętnie. Jego noga rozsunęła trochę nogi Itachiego, tak, że teraz stał w lekkim rozkroku. Ręka Madary powędrowała do krocza jego ucznia. Dłoń zacisnęła się lekko na kroczu Itachiego, który jęknął. Itachi odepchnął Madarę.
-Sensei, nie tutaj...
Madara wziął swojego ukochanego na ręce i zaniósł go do swojego pokoju.
Itachi lizał penisa swojego senseia. Gdy Madara doszedł Itachi połknął spermę i uśmiechnął się niewinnie. Wstał.
-Rozbierz się - nakazał mu Madara.
Itachi zaczął zdejmować bluzkę.
-Ruszaj trochę biodrami... Albo lepiej...
Madara podszedł do wieży stereo i włączył jakąś piosenkę.
-Zrób mi tu darmowy striptiz...
Itachi zaczął tańczyć zdejmując kolejno ubrania. Gdy był już kompletnie nagi podszedł do swojego mistrza i zaczął się o niego lekko ocierać. Madara objął go i zaczął całować. Po chwili Itachi stał pod ścianą, jego ręce oparte były o czerwoną gładź. Madara, również rozebrany, patrzył z zadowoleniem na piękne ciało swojego kochanka. Potem podszedł do niego i bez zbędnego ociągania wszedł w niego delikatnie. Itachi jęknął głośno jeszcze bardziej podniecając Madarę. Ten zaczął się w nim poruszać. Itachi jęczał z rozkoszy.
-Madara-sensei... - jęknął. - Chcę więcej...
-A konkretniej?
-Bólu...
"Masochista", pomyślał Madara. Zacząłm jednak posuwać Itachiego coraz mocniej, by zaspokoić jego potrzebę. Itachi zaczął krzyczeć.
Przy kuchennym stole odbywało się właśnie zebranie pozostałych członków Akatsuki. Mieli dostać opieprz oraz pouczenie za zawalenie ostatnich misji. Pain patrzył na zebranych, był zły.
-I jak można się domyślić powinniście więcej ćwiczyć. Musicie się do tego przyłożyć, bo niedługo zbankrutujemy - kontynuował swoją wypowiedź.
-Tak jest, Pain-sama! - odparli wszyscy chórem.
-Dobra, przejdźmy teraz do następnej sprawy. Mianowicie: finanse.
-A co z nimi nie tak? - spytał Kakuzu.
-Trzeba je zwiększyć. Zaczniemy poszukiwać misji za które...
Jego dalsze słowa zostało zagłuszone przez krzyki dochodzące z górnych pomieszczeń. Pain spróbował raz jeszcze.
-Zaczniemy poszukiwać...
-Madara-sensei! - dobiegł ich kolejny głośny krzyk.
Każdy z zebranych poczuł falę podniecenia, którą usilnie starali się opanować. Krzyki rozkoszy prznikały ich na wskroś.
-Czy to nie głos Itachiego? - spytał Deidara, próbując przerwać milczenie jakie zapadło.
-Tak mi się wydaje - opdowiedział mu Kisame.
-Cholera - jęknął Pain próbując się opanować.
Miał ochotę kogoś przelecieć, ale wiedział, że to się może źle skończyć. Napił się herbtay.
Kiedy kolejny krzyk dobiegł do kuchni wszystkich przeszły ciarki, aż się wzdrygnęli.
Deidara wstał. Zaczął iść w stronę drzwi.
-A ty gdzie? - zapytał Pain.
-Do łazienki - odpowiedział blondyn i wyszedł.
Po kolejnym krzyku wszyscy rozeszli się do swoich pokoi, by zaspokoić nagłe podniecenie.
Z ust Itachiego ciekła strużka śliny, dyszał ciężko. Nie miał już siły krzyczeć, nie mógł złapać oddechu. Madara zadawał mu ogromną ilość bólu posuwając go tak mocno. Ale lubił to. Sensei nachylił się, jego ręka powędrowała do nabrzmiałego penisa ucznia. Zacisnął na nim dłoń i zaczął nią przesuwać w górę i w dół. Itachiego przeszła kolejna fala gorąca. Odchylił głowę do tyłu, jego długie czarne włosy opadły przez ramię. Kiedy już miał dojść Madara wyszedł z niego. Ten zdiwiony odwrócił głowę i spojrzał na mistrza.
-Madara-sensei... - wydyszał.
-To miał być trening - powiedział sensei.
-Ale...
-Masz tak wytrzymać 5 minut. I nie wolno ci dojść bez mojego wyraźnego pozwolenia.
Itachi nie mógł wytrzymać. Miał ochotę już dojść, ale sensei mu nie pozwolił. Minuty mijały boleśnie, podniecenie, które go ogarnęło nie odchodziło. Sam widok jego senseia wprawiał go w oniemienie. Po 5 minutach, gdy penis bolał Itachiego od wyczekiwania, Madara podszedł. Przejechał ręką po członku Itachiego, który skrzywił się, starając się nie spuścić.
Madara ponownie wszedł w niego, tym razem z impetem. Itachi wciąż próbował być silny. Wiedział, że jeśli teraz mu się nie uda sensei będzie próbował do skutku.
Teraz znów zadawał mu upragniony ból. Itachi znów zaczął jęczeć.
-Madara-sensei... Błagam...
Madara uśmiechnął się.
-Ja już nie mogę dłużej... - jęknął Itachi, ale nie mógł skończyć.
-Jeszcze chwila - powiedział Madara.
Dalej poruszał się szybko. Gdy poczuł, że sam zaraz dojdzie, pchnął jeszcze parę razy i powiedział:
-Już możesz dojść.
Itachi i Madara przeżyli wspólny orgazm. Itachi ostatni raz krzyknął, Madara poruszył się w nim jeszcze parę razy, po czym wyszedł z niego. Itachi osunął się na ziemię próbując uspokoić oddech. Madara uśmiechnął się.
-Koniec treningu na dziś - powiedział.
Itachi spojrzał na niego. Był bardzo zarumieniony, usta miał lekko rozchylone, oczy były czarne.
-Madara-sensei... - szepnął. - Mogę dziś z tobą spać?
Madara zastanowił się. Chciał przytulić swojego kochanka, być przy nim.
-Możesz.
Itachi uśmiechnął się radośnie. Madara pomógł mu wstać. Potem poszli się umyć. Stali pod prysznicem, jeden mył drugiego. Starszemu Uchicha coś się przypomniało.
-Itachi... Nie mógwiłeś nigdy, że jesteś masochistą.
Młody odwrócił wzrok.
-Tak bardzo podnieca cię ból? - dopytywał się sensei.
Itachi tylko kiwnął głową. Madara uśmiechnął się.
-W takim razie postaram się być dla cebie jak najlepszy - powiedział i przytulił Itachiego, który odwzajemnił uścisk.
-Madara-sensei, kocham cię - szepnął Itachi.
-Ja ciebie też kocham - odpowiedział sensei.
Madara i Itachi stali tak wtuleni w siebie, po ich nagich ciałach spływały strumyczki gorącej wody. Byli zadowoleni, że wreszcie wyznali sobie miłość.
.:Fanki są najgorsze, ale to dzięki nim wszystko funkcjonuje:.
Nastrój:

Kolejne zamówienie zrealizowane Nana-chan!
+_+_+_+_+_+_+_+_+_+_+_+_+_+_+_+_+_+_+_+_+
Blondyn siedział na łóżku i lepił figurki z gliny. Sasori obserwował go lekko znużony. Patrzył jak języki na rękach Deidary ślinią glinę, by dała się łatwiej uformować. Rudy poczuł jak jego penis mimowolnie twardnieje, gdy wyobraził sobie co takie ręce mogą zrobić. Gwałtownie zerwał się z łóżka i poszedł do łazienki i odkręcił wodę by zagłuszyć to co będzie robił. Starał się być jak najciszej, by blondyn nie usłyszał jak bardzo go podnieca. Gdy skończył się masturbować wszedł pod prysznic i obmył się.
Tymczasem Deidara dalej lepił figurki. Teraz ulepił figurkę w kształcie Sasoriego. Wyobrażał sobie jak by to było kochać tego nieznośnego rudzielca. Za każdym razem, gdy go widział chciał go dotknąć, przytulić, pocałować. Niestety musiał się powstrzymywać. Rudy mógł źle to odebrać.
Sasori wyszedł z łazienki. Blondyn szybko schował figurkę przedstawiającą jego ukochanego. A może wcale go nie kochał? Może po prostu chciał go przelecieć? W organizacji wszystko było możliwe.Rudzielec był zarumieniony. Podszedł do Deidary.
-Ładne figurki... Twoja sztuka jest wspaniała... - powiedział trochę nieśmiało.
-Dziękuję, Sasori-no-danna... - odparł.
Nie mógł się oprzeć urokowi słodkiego chłopaka. Dotknął jego biodra. Ten odskoczył, popatrzył na niebieskookiego i wyszedł z pokoju.
-O nie... Już nie mogę dłużej czekać... - mruknął Dei sam do siebie.
Wyszedł za zielonookim.
Sasori siedział w kuchni w otoczeniu Itachiego, Hidana, Kakuzu i Kisame. Rozmawiali sobie spokojnie. Deidara wszedł i zagotował wodę. Potem zrobił sobie herbaty, żeby się trochę opanować. Po chwili do kuchni wszedł Tobi.
-Zombie Twins oraz Itachi i Kisame. Macie misję - powiedział i wyszedł.
Cała czwórka zaczęła się zbierać.
-Ehh... Ani chwili spokoju - marudził Hidan.
-Zamknij się i chodź! - popędzał go Kakuzu.
Itachi i Kisame wyszli bez słowa. Zaraz za nimi poszła reszta. W kuchni został tylko Deidara i Sasori. Blondyn spokojnie dopił herbatę. Potem postawił kubek na stole i spojrzał na mężczyznę siedzącego przed nim. Patrzył mu prosto w oczy, po chwili Sasori się zarumienił.
-Czemu mi się tak przyglądasz? - zapytał.
-Zastanawiam się nad jedną kwestią.
-Jaką?
-Jak cię przelecieć nie robiąc ci krzywdy - blondyn uśmiechnął się arogancko.
Rudy wstał. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Dei również wstał. Zaczął obchodzić stół zmierzając do Sasoriego. Zielonooki wybiegł z kuchni, a Deidara za nim. Jego danna próbował mu uciec. Ale nie tym razem. Dei usłyszał trzask drzwi. Wszedł do ich wspólnego pokoju, rozejrzał się. Nigdzie nie było widać jego wybranka. Zastanowił się i podszedł do łóżka rudego. Pochylił się, sięgnął pod łoże i wyciągnął spod niego przerażonego rudego, który próbował się wyszarpnąć. Dei dostał w pysk, nie przejął się tym jednak. Podniósł chłopaka i rzucił go na łóżko. Zerwał z niego ubrania, jego oczom ukazałam się nabrzmiały penis rudego.
-Więc to tak? Nie chcesz żebym cię przeleciał, ale ci staje jak cię dotykam? -
spytał Dei trochę zły na rudego, ale uśmiechał się.
Sasori odwrócił głowę z bok, zarumieniony oddychał ciężko. Ręka Deidary wędrowała po jego torsie w dół, do krocza. Blondyn chciał się nacieszyć tą chwilą. Gdy ręka doszła do krocza, język na niej zaczął lizać nabrzmiałego penisa. Potem Dei zacisnął dłoń i zaczął nią jeździć wzdłuż męskości
Sasoriego. Język na ręce wciąż lizał. Rudy jęknął, co sprawiło, że Deidara poczuł jak jego własny penis twardnieje. Zaprzestał tej dającej rudemu rozkosz czynności i rozebrał się. W tym momencie Sasori trochę otępiały zerwał się z łoża i znów próbował uciec. Blondyn jednak spodziewał się tego. Chwycił nadgarstek chłopaka, z powrotem rzucił go na łóżko. Popatrzył jego doskonałe ciało, delikatne rysy twarzy i uśmiechnął się do siebie. Obrócił go na brzuch i zmusił by ustawił się na czworaka. Potem siłą wsadził mu palce prawej ręki w usta. Sasori czując falę podniecenia zaczął lizać palce Deidary, pojękując co jakiś czas. Po chwili Dei cofnął rękę, choć język rudego jeszcze chciał pieścić te długie zgrabne palce. Blondyn spojrzał za swoją rękę. Po palcach cienkimi strużkami ciekła ślina lalkarza. Blondyn bez namysłu wsadził jeden palec w odbyt Sasoriego. Gdy usłyszał cichy jęk, który wydobył się z ust jego mężczyzny, wsadził również drugi palec. Zaczął nimi poruszać we wnętrzu zielonookiego. Ten chciał jakby uciec od tego wszystkiego lecz nie mógł - zbyt podobało mu się to uczucie, które go ogarnęło. To było dla niego bardzo podniecające, bardziej niż sam widok blondyna. Po dłuższej chwili rudy doszedł, a Dei wyjął z niego palce. Sasori spojrzał do tyłu, na Deidarę. Jego policzki były czerwone, wzrok lekko przyćmiony, z delikatnie rozchylonych ust ciekła strużka śliny. Deidara, którego penis od dłuższego czasu już był twardy, spojrzał prosto w zielone oczy.
-... w-więcej... - wydyszał lekko rudy.
Blondyn bez zbędnego gadania wszedł w niego powoli i delikatnie, by sprawić mu jak najmniej bólu. Lalkarz przymrużył powieki i zdawało się, że zaraz jęknie lecz z jego ust nie wydobył się żaden dźwięk. Dei zaczął poruszać biodrami, Sasori dyszał nie mogąc wydobyć z siebie głosu. Niebieskooki nachylił się, teraz prawie leżał na swoim ukochanym. Jedną ręką zjechał w dół i pozwolił, by język na jego ręce znów lizał męskość mężczyzny, będącego pod nim.
-Krzycz moje imię... - powiedział rudemu do ucha.
Z kolejnym pchnięciem Sasori westchnął głośno.
-N... nie... - powiedział stanowczo.
Deidara zdenerwował się.
-Powiedziałem: krzycz! - to mówiąc pchnął mocniej.
Sasori stłumił krzyk, zamiast tego jęknął.
-Nieee...
Teraz Deidara był wściekły. Posuwał Sasorigo coraz mocniej chcąc go zmusić do krzyku. Ten zacisnął dłonie na kołdrze.Po chwili rudy zaczął krzyczeć nie mogąc już dłużej wytrzymać.
-Chcę usłyszeć jak krzyczysz moje imię - powiedział blondyn.
Rudy nie chciał, ale wiedział, że jeśli tego nie zrobi, Deidara zafunduje mu kolejną porcję bólu. Powstrzymywał się jednak jeszcze chwilę. Deidara ścisnął mocno penisa lalkarza. Zielonooki krzyknął, po jego policzkach pociekły łzy. A potem zaczął wykrzykiwać imię swojego seme, błagając o więcej. Jego krzyki niosły się pewnie po całej siedzibie.
-W-więcej... - jęknął. - Deidara-kun!
Krzyki rudego bardzo podniecały blondyna, który zwiększył tempo. Po chwili lalkarz nie mógł złapać oddechu.
-Danna, jesteś uroczy kiedy się rumienisz i płaczesz! - uśmiechnął się
bezczelnie.
-Dei-kuuu~! - rzucił ostatnim tchem rudy.
Zaraz potem obaj doszli, Deidara wciąż będąc wewnątrz Sasoriego. Blondyn pchnął jeszcze parę razy, po czym wyszedł ze swojego kochanka. Sasori, dysząc, opadł ciężko na zmiętoszone posłanie. Obok niego położył się Deidara. Niebieskooki popatrzył na twarz zielonookiego. Rudy chciał objąć tors blondyna, wtulić się w niego i wypłakać. Deidary jednak już przy nim nie było. Blondyn właśnie skończył się ubierać, po czym wyszedł zostawiając go samego. Sasori zwinął się w kłębek i zaczął płakać.
.:Fanki są najgorsze, ale to dzięki nim wszystko funkcjonuje:.
Nastrój:

Nana-chan, jedno z zamówień...
+_+_+_+_+_+_+_+_+_+_+_+_+_+_+_+_+_+
Pain szedł korytarzem. Szedł do swojego gabinetu, musiał w końcu wypełnić te cholerne papiery. Zamyślił się. Przechodził obok pokoju Itachiego, drzwi były uchylone. Spojrzał tylko w tamtą stronę. Potem nie mógł juz oderwać wzroku. Itachi Uchicha stał w świetle wpadającego przez okno słońca i przebierał się. Musiał nie zauważyć, że drzwi są otwarte. Pain poobserwował przez chwilę to jakże piękne zjawisko, a potem podszedł do drzwi i zapukał delikatnie. Itachi, który właśnie zakładał koszulkę spojrzał na swojego Lidera.
-Dzień dobry - rzucił niewzruszenie czarnowłosy.
-Dzień dobry, Itachi - odparł rudy wciąż patrząc na chłopaka stojącego przed nim. Nie mógł zapomnieć o tym, co przed chwilą widział.
-Coś się stało, Liderze? - zapytał Itachi zdziwiony lekko intensywnością spojrzenia.
-Nie, nie... Tylko... Przyjdź do mnie później - powiedział i wyszedł.
Poszedł do gabinetu i spróbował wypełnić dokumenty. Nie mógł się jednak skupić, gdyż myśli jego zaprzątały nieczyste wizje. Myślał tylko o tym jak zaciągnąć Itachiego do łóżka. Chociaż... Jakby się zastanowić... W końcu jest jego Liderem, a każdy z członków Akatsuki przy dołączeniu do organizacji musieli przyrzec bycie wiernym i posłusznym. Z zamyśleń wyrwało go nieśmiałe pukanie.
-Proszę - powiedział.
Do gabinetu wszedł Deidara. Uśmiechnął się niepewnie.
-Chciałem tylko spytać, czy są dziś jakieś misje do wykonania?
-Niestety nie.
Lider spojrzał na blondyna.
-Co ty masz na sobie? - spytał zszokowany.
-Eee... No, Kakuzu się do mnie dorwał. Powiedział, że wyglądam jak dziewczyna, więc mam iść na ulicę i zarobić pieniądze dla organizacji.
-Nie możesz się sprzeciwić?
-Jest dla mnie za silny... - blondyn zrobił minę jakby chciał uciec.
Co się dziś dzieje to nie do pomyślenia. Dopiero zaczął się dzień, a już można było oszaleć widząc takiego na przykład Deidarę. Był śliczny w tej czarnej mini. Na jego widok ogarniała fala podniecenia. Heh, tak, klientów miałby sporo.
-Co powiesz na złagodzenie zaistniałej sytuacji? - spytał Lider.
-To znaczy?
-Jakbyś tak wystrojony poszedł na ulicę miałbyś tylu klientów, że nie zniósłbyś tempa.
Blondyn zarumienił się.
-A zamiast tego możesz przespać się tylko ze mną - Pain uśmiechnął się arogancko czekając na reakcje blondyna.
-Liderze, ja nie jestem jakąś dziwką! - oburzył się chłopak.
-Świetnie. W takim razie idź do Kakuzu... Ciekawe co zrobi, gdy dowie się, że nic nie zarobiłeś.
Lider wrócił do papierów zupełnie nie przejmując się dalszymi reakcjami Deia. Po chwili usłyszał ciche "klik", a zaraz o biurko oparły się delikatne dłonie. Lider podniósł wzrok i spojrzał w aksamitnie niebieskie oczy. Były pełne determinacji i strachu.
-Słucham? - spytał bezczelnie rudy.
-Liderze, ja... - wziął głęboki wdech. - Ja prześpię się z tobą...
-Hmmm... Zgoda... Ale musisz trochę popracować, żeby mnie rozbudzić.
Lider patrzył jak Dei przechodzi naokoło biurka i zatrzymuję się przed nim. Potem blondyn złapał oparcie fotela i odsunął go od biurka. Klęknął i sięgnął do rozporka Lidera. Ten natomiast złapał go za nadgarstek. Ich spojrzenia znów się spotkały. Deidara był teraz bardzo zarumieniony, ale nie poddawał się. Wiedział co musi zrobić. Lider nachylił się i namiętnie pocałował go w usta. Potem uśmiechnął się i wygodnie rozsiadł w fotelu.
Blondyn rozpiął rozporek spodni Lidera i wziął jago męskość do ręki. Intensywnie pracował ręką, potem zaczął lizać główkę penisa. Po chwili wziął go do ust. Delikatnie ssał, sprawiając, że rudy jęknął cicho. Gdy Dei wyczuł już, że jeszcze trochę i Lider się spuści, wstał. Podciągnął trochę sukienkę i usiadł okrakiem na Liderze. Pozwolił, by penis rudego wszedł w niego głęboko. Jęknął. Potem jednak zaczął poruszać biodrami dając sobie i Painowi falę rozkoszy. Z ust blondyna wydobywały się ciche jęknięcia. Odchylił głowę do tyłu, a wtedy Pain chwycił go za pośladki. Dei pisnął. Lider pomógł mu nadać inny rytm, odpowiedni dla nich obu. Potem przeniósł dłoń na penis blondyna. Zaczął poruszać ręką, by sprawić chłopakowi większą przyjemność. Po chwili chłopak się spuścił, brudząc dłoń Lidera. Zrobił się czerwony ze wstydu, że tak szybko doszedł. Chwilę potem Pain spuścił się wewnątrz Deidary, co spowodowało, że chłopak krzyknął z rozkoszy. Deidara dyszał chwilę, po czym wstał i zaczął się zbierać.
-Czy mogę... skorzystać z łazienki? - spytał nieśmiało.
Pain wskazał drzwi.
-Dziękuję...
Lider zastanowił się zlizując z ręki słodką spermę blondyna. Chłopak dobrze się wywiązał ze swojej roboty. Heh, trzeba będzie się za nim wstawić u Kakuzu. Pain zapiął rozporek i wziął się znów do papierów. Po chwili z łazienki wyszedł niebieskooki. Był już czysty, uczesał się nawet. Spojrzał na rudego.
-Niezły jesteś - rzucił tylko, uśmiechnął się. - Możesz iść. I przyślij do mnie Kakuzu.
-Tak jest! - z zapałem rzucił się do drzwi.
-Deidara...
Blondyn odwrócił się jeszcze.
-Nie musisz iść na ulicę.
-Hai...
Późnym wieczorem(czyli również już po rozmowie z Kakuzu) Pain poszedł do swojego pokoju. Przygotował najlepszą pościel jaką miał, szampana postawił w kubełku z lodem obok łóżka. Postawił tam również miskę z truskawkami w czekoladzie. Podszedł do okna i spojrzał. W dali widać było światła miasta. Do drzwi ktoś zapukał i bez pozwolenia wszedł. Pain odwrócił się.
-Itachi... Świetnie...
Podszedł do szafki nocnej i wyjął szampana. Wcześniej postanowił, że jeśli Itachi odmówi wykonania rozkazu to posiądzie go nawet bez pozwolenia.
-Siadaj - powiedział Pain i wskazał łóżko. Brunet usiadł na skraju wielkiego łoża zasłanego czerwoną atłasową pościelą. Widać było, że czuję się trochę niepewnie. - Napijesz się?
-Nie, dziękuję. Liderze, czekasz na kogoś?
-To znaczy?
-No... Na jakąś dziewczynę, bo widać, że jesteś przygotowany.
Lider uśmiechnął się.
-Ta "dziewczyna" już przyszła. Siedzi na łóżku.
Uchicha zerwał się i zmierzył w stronę drzwi. Pain jednak był szybszy. Podszedł szybko do drzwi, zamknął je na klucz i odwrócił się do Itachiego. Zbliżył się do niego. Brunet cofnął się trochę. Wtedy rudy popchnął go na łóżko. Uchicha opadł na miękki materac, od razu chciał się zerwać. Ale zanim zdążył Lider już siedział na nim okrakiem blokując mu ręce nad głową. Chłopak próbował się wyrwać, ale Lider był dla niego za silny. Rudy nachylił się do ucha Uchichy.
-Lepiej przestań się szarpać. Będzie bardziej bolało.
Itachi jednak nie słuchał. Dalej próbował się wyrwać z żelaznego uścisku. Pain westchnął. Jedną ręką szarpnął za spodnie chłopaka leżącego pod nim. Spodnie zostały w strzępkach, a oczom Peina ukazał się penis Itachiego. Zakolczykowany uśmiechnął się, na sam widok czuł, że jego własny penis nabrzmiewa. Sięgnął do własnego rozporka i rozpiął go. Potem jednym zdecydowanym ruchem obrócił Itachiego na brzuch, by następnie złapać go za biodra i unieść je do góry. Bez żadnego przygotowania wszedł z impetem w bruneta. Ten krzyknął z bólu. Próbował jeszcze przez chwilę uciec, ale gdy Lider zaczął wchodzić w niego i wychodzić poddał się fali narastającej rozkoszy. Próbował pomóc Painowi, zaczął poruszać biodrami. Niewiele mu się to zdało, bo nie mógł wczuć się w tempo Paina. Zamiast tego oparł się na łokciach i pozwolił by Lider zrobił wszystko za niego. Rudy złapał go za biodra nadał właściwy rytm. Krzyki Itachiego niosły się po całym pokoju echem, przyprawiając Paina o dreszcze. Zakolczykowany pochylił się prawie kładąc się na brunecie. Jedną ręką sięgnął do penisa chłopaka, drugą się podpierał. Zaczął bawić się jego męskością. Gdy z penisa chłopaka trysnęła gęsta biała ciecz uśmiechnął się. Potem rękę ubrudzoną sokami chłopaka podsunął mu pod usta.
-Liż - rozkazał.
Itachi zachłannie zaczął zlizywać swoje własne płyny z ręki Lidera. Gdy Pain był już u kresu wytrzymania wyszedł z chłopaka i spuścił się na niego. Spojrzał na pięknego bruneta upstrzonego plamami jego spermy. Widok satysfakcjonujący. Potem obrócił Itachiego z powrotem na plecy. Chłopak był zarumieniony, spojrzenie miał lekko zamglone, dyszał trochę. Z rozchylonych kusząco ust ciekł malutki strumyczek śliny. Pain nachylił się do penisa Itachiego i wziął go do ust. Zaczął lizać, ssać, lekko przygryzać, jego uszu dobiegały pojękiwania bruneta.
-Pain-sama... J-jeszcze... - wydyszał chłopak.
Rudy czubkiem języka bawił się główką penisa swojego tak upragnionego mężczyzny. Gdy Itachi po raz drugi doszedł Lider zebrał całą spermę w usta. Spojrzał na Uchichę. Ten nie wiedział co powiedzieć. Pain uśmiechnął się z satysfakcją, nachylił do ust swojego mężczyzny i pocałował go długo i namiętnie. Podzielił się z nim jego spermą. Obaj przełknęli. Pain oblizał się delikatnie. Potem opadł obok Uchichy i przytulił go do siebie.
-Itachi, od dziś jesteś wyłącznie mój - powiedział. - Nie pozwól, żeby ktoś inny cię dotykał.
-T-tak jest... - mruknął chłopak i wtulił się mocno w umięśnioną klatkę Paina. Po chwili zasnął. Lider jeszcze chwilę patrzył na słodką twarz Uchichy po czym sam zasnął, zadowolony, że wreszcie ma swojego kochanego Itachiego.
.:Fanki są najgorsze, ale to dzięki nim wszystko funkcjonuje:.
Nastrój:
Witam :3
niedziela, 6 września 2009 21:22:35
Jestem Donna i prowadzić będę bloga o tematyce yaoi, hentai i yuri. Będą to z reguły wolne jednostrzałowce, tak więc prośba do czytających: podawajcie mi w komentarzach jakie chcecie pairingi.
Jak na razie Nanami-chan zamówiła sobie 4 yaoi i 1 hentai. Tak więc biorę się za pisanie. :D
Mam nadzieję, że będą wam się podobały moje opowiadnaka. :D
.:Fanki są najgorsze, ale to dzięki nim wszystko funkcjonuje:.
Nastrój: